Wspomnienie: Jak się dostałam na medycynę?

Odkąd ponad dwa lata temu uczelnie medyczne zaczęły publikować pierwsze listy przyjętych, w mojej skrzynce odbiorczej na Messengerze co jakiś czas pojawiają się wiadomości od nieznajomych z pytaniami: jak to zrobiłaś? jakie zbiory? kiedy zaczęłaś się uczyć? Nie mam pojęcia, jak ci ludzie mnie namierzyli. Ale cóż, bez względu na to, czy to byli znajomi znajomych, czy zupełnie obce osoby, zawsze starałam się im pomóc. Pewnie wiele osób, które wybierają profil biologiczno-chemiczny szuka odpowiedzi na te same pytania, więc w tym poście wrócę do czasów liceum i postaram się jak najlepiej odtworzyć moje doświadczenia z tamtego okresu.

SZKOŁA

Według ówczesnej ramy programowej (lata  2012-2015) rozszerzenia zaczynały się dopiero od drugiej klasy. Moje liceum dawało uczniom w tej kwestii całkowitą wolność wyboru, więc startowałam z optymistycznym zestawem biol-chem-mat-fiz. Jednak już na samym początku zorientowałam się, że zarówno plan zajęć, jak i ilość nauki własnej ograniczą mój wolny czas do minimum. Szybko wypisałam się z dodatkowej matematyki. Tak naprawdę wybrałam ją tylko dlatego, że niektóre uczelnie medyczne nie traktowały jej wymiennie z fizyką przy rekrutacji, a ja nie chciałam zamykać sobie żadnych drzwi. Szczerze mówiąc fizyka nigdy nie była moją mocną stroną, ale ostatecznie uznałam, że ma coś wspólnego z medycyną, więc kontynuowałam ją aż do trzeciej klasy. Wtedy sytuacja się zmieniła. Okazało się, że część uniwersytetów, w tym WUM, w ogóle nie wymaga trzech matur rozszerzonych i można dostać się jedynie z matematyką podstawową z mnożnikiem 0,6. I o ile w drugiej klasie atmosfera nie była zbyt stresująca, o tyle w maturalnej na każdych zajęciach przypominano nam, że maj już coraz bliżej. Musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie – czy więcej czasu pochłonie porządne przygotowanie się do matury z fizyki rozszerzonej czy z obowiązkowej dla wszystkich matematyki. Zostałam na czystym biol-chemie i to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Pamiętam, że było mnóstwo różnych strategii przygotowań do matury proponowanych przez starszych znajomych, nauczycieli, użytkowników forów i członków ,,facebookowych grup wsparcia dla biol-chemów”. Jedni nastawiali się na zmaksymalizowanie wyniku z jednego przedmiotu w jednym roku, a z drugiego w następnym. Inni brali korepetycje od gimnazjum i idąc do liceum mieli już mniej więcej opanowany materiał. Jeszcze inni sięgali po specjalistyczne książki wielkości płyty chodnikowej. Czasami mnie to przerażało, bo jak niby ja idąca normalnym trybem, na bieżąco ucząca się z obowiązujących podręczników miałam się z nimi równać? Po jednym z takich napadów czarnowidztwa i rozmowie z rodzicami, zdecydowałam się dodatkowe zajęcia.

KOREPETYCJE

Krążą opinie, że bez korków nie da się dostać na medycynę. To oczywiście bzdura, bo znam sporo osób, którym się udało. Jednak wymaga to dużej wiary w siebie i pewności własnych umiejętności, bo presja otoczenia jest ogromna. Ja tej presji uległam i myślę, że dobrze się stało. Od trzeciej klasy co dwa tygodnie jeździłam na zajęcia z biologii – 1,5 godziny w piątkowy wieczór, kawałek za miastem, ale było warto. Pani, która mnie uczyła jest egzaminatorem CKE i temu w dużej mierze zawdzięczam swój sukces na maturze z tego przedmiotu. Biologia jest specyficzna – trzeba umieć odpowiadać zgodnie z kluczem odpowiedzi. Brak słowa-klucza skutkuje brakiem punktu i w żaden sposób nie da się tego obejść. Ile to razy mówiła mi: “To jest dobrze, ale dostaniesz zero”… Dlatego moim zdaniem jeśli już się decydować na korepetycje z biologii, to tylko z kimś, kto dokładnie zna zasady oceniania. Jeśli chodzi o chemię, sprawa wyglądała inaczej. Na zajęcia z chemii chodziłam raz w tygodniu od stycznia do kwietnia. Pamiętam zdziwienie mojego korepetytora. W gimnazjum laureatka z chemii, 6 z chemii w drugiej i trzeciej klasie – po co mi więcej?! Dla mnie jednak to była kwestia poczucia, że nie odpuszczam i naprawdę robię wszystko, co w mojej mocy, żeby osiągnąć jak najlepszy wynik.

PRACA WŁASNA

Bez tego, ani szkoła, ani dodatkowe kursy jeszcze nigdy nikomu nie pomogły. Na pytanie o rodzaj zadań, jakie warto robić, niezmiennie odpowiadam: wszystkie. Co tylko się nawinie.

Chemia:

Ja zrobiłam Witowskiego. Wszystkie części. Bardziej problematyczne działy po dwa razy. Robiłam też zbiór Pazdro, ale nigdy za nim nie przepadałam. Zdania z dwiema gwiazdkami były czasami naprawdę wydumane, a cała reszta zbyt mechaniczna. Oprócz tego tuż przed maturą sięgnęłam po nowość od Nowej Ery – “Teraz Matura” i nawet mi się podobał, bo przynajmniej był dostosowany do tej tajemniczej nowej formuły, w której mój rocznik zadebiutował. Dodatkowo sporo zadań z różnych źródeł na korepetycjach. Teoria – notatki z lekcji, podręczniki Nowej Ery.

Biologia:

Arkusze, arkusze, arkusze – wciąż mam ich cały karton w domu. Rozumiecie – wartość sentymentalna. Jako uzupełnienie – Witowski, karty pracy z zajęć, zbiory wydawnictwa Medyk (takie cienkie zielone książeczki). Teoria – znowu podręczniki Nowej Ery – tam naprawdę jest wszystko, co należy wiedzieć na maturę, trzeba tylko umieć to odpowiednio przełożyć na potrzeby arkusza. Fajnie czasami doczytać sobie coś w grubej książce Ville’go czy Campbella, ale nie ma sensu traktować tego jako podstawowe źródło, bo akurat w tym wypadku zbyt szeroka wiedza może zadziałać na naszą niekorzyść. Oczywiście – zawsze warto wiedzieć więcej, ale pamiętajcie, że zadania są skonstruowane tak, żeby można było na nie wyczerpująco odpowiedzieć na podstawie programu dla liceum. Tutaj liczy się precyzja, a łatwo się zaplątać, gdy zaczynamy rozwlekać się na kilka linijek. Mało tego – pytania, które sprawdzają suchą wiedzę stanowią zdecydowaną mniejszość! Dużo ważniejsze jest sprawdzenie umiejętności wnioskowania, interpretacji tekstów źródłowych i łączenia podanych danych z tymi, które mamy w głowie w jedną spójną odpowiedź.

Podsumowując – nie dajcie się zwariować. Patrząc z perspektywy czasu, gratuluję sobie, że udało mi się chociaż częściowo zachować zdrowy rozsądek. Nie całkowicie, bo często zdarzały mi się chwile zwątpienia, a miesiąc przed maturą stres i poczucie bezsilności wobec tego, co wydarzy się w maju towarzyszyły mi niemal na co dzień. O samym okresie egzaminacyjnym opowiem w oddzielnym wpisie. Tymczasem najlepszą radą, jaką mogę dać tym, którzy mają egzamin dojrzałości przed sobą jest ta, którą jak mantrę powtarzała mi moja mama: po prostu ,,róbcie swoje”. Trzymajcie się programu i bądźcie pewni, że macie opanowane podstawy. Uprzedzając ciekawskich – mi wystarczyło w 93, 98, a nawet w 100 procentach (b-m-ch). Trzymam kciuki!

Zobacz też:

One thought on “Wspomnienie: Jak się dostałam na medycynę?

  1. After looking аt a numbeг of the blog posts on your website,
    I really apprecіatе your techniquе ⲟf blogging. I book marked it to my bookmark site liѕt and wilⅼ be checking bɑck soon. Takе
    a look at my web site as well and let me know hoѡ
    you feel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *