Lekarze z Instagrama

Kiedy masz ochotę na pizzę, dzwonisz i dostawca zjawia się w drzwiach po 30 minutach ze smakowicie pachnącym kartonowym pudełkiem. Kiedy o północy oglądasz finał serialu i nagle Internet przestaje działać, łączysz się z całodobową pomocą techniczną i za 10 minut wszystko wraca do normy. A co robisz, kiedy chcesz umówić się na wizytę u lekarza i słyszysz, że najbliższy wolny termin jest dopiero za pół roku? Jeśli okoliczności na to pozwalają, idziesz prywatnie. A jeśli nie? Zostaje doktor Google…

Każdy przedsiębiorca wie, że podstawą biznesu jest komunikacja. Czy ktokolwiek zaufa internetowemu sprzedawcy, który nie odpowiada na wiadomości po otrzymaniu zapłaty? Czy pójdziemy drugi raz do restauracji, w której mimo rezerwacji musieliśmy czekać dwie godziny na stolik? Czy wrócimy do sklepu, w którym ekspedientka potraktowała nas protekcjonalnie? Czy wyjdziemy usatysfakcjonowani z wykładu, na którym prowadzący ignorował pytania słuchaczy? Odpowiedzcie sobie sami.

Przez lata lekarze pławili się we własnej wyjątkowości. Tak działa nasz system. Nadajemy sobie kolejne tytuły, zdobywamy kolejne stopnie naukowe, po czym gratulujemy sobie nawzajem, klepiąc się po plecach. To zamknięty krąg, bez specjalizacji wstęp wzbroniony. Już studentom mówi się, że będą elitą kraju, w którym reszta społeczeństwa to ciemna masa. To pozostałość po patriarchalnym modelu relacji lekarz-pacjent, w którym doktor ma wiedzę tajemną, a chory ma po prostu robić, co mu się każe. Ten model przestaje działać. Pacjent to przede wszystkim człowiek. Człowiek, który czyta i ogląda wiadomości ze świata i nie chce już lekarza, który przewraca oczami, gdy zada się mu pytanie. Nie będzie zadowolony, gdy przy wejściu do gabinetu znowu usłyszy bezosobowe „Zamknie drzwi i usiądzie”. Coraz częściej tak potraktowany jegomość po powrocie do domu włączy komputer, oceni doktora XYZ na jedną gwiazdkę, zostawi nieprzychylny komentarz, a potem ostrzeże znajomych, żeby omijali tę poradnię z daleka.

Lekarze muszą uświadomić sobie, że pora zejść z piedestału. Nie są już nietykalni. Jeśli nie będą regularnie się dokształcać i nie ocieplą wizerunku, rynek nie będzie miał litości. Mogą posiąść całą wiedzę świata, mogą leczyć zgodnie z najnowszymi wytycznymi, ale bez odpowiednich umiejętności interpersonalnych mogą okazać się nieskuteczni. Dziś lekarz powinien być trochę sprzedawcą i trochę psychologiem, bo inaczej pacjenci machnąwszy ręką na ich zalecenia, sięgną po alternatywne metody. Posłuchają ludzi, których znają z telewizji czy Internetu – celebrytów, pseudonaukowców. Takich, którzy zwykle nie mają odpowiednich kwalifikacji, żeby wypowiadać się na temat leczenia, ale mówią z takim przekonaniem, że nie sposób się im oprzeć.

Tu przychodzą z pomocą media społecznościowe. Nie chodzi o promowanie siebie i łechtanie ego. Chodzi o wyjście naprzeciw ludziom, którzy chcą wiedzieć więcej, ale nie potrafią ocenić, na ile rzetelne jest dane źródło. Za pośrednictwem profesjonalnych kont próbujemy edukować i pokazać jaśniejszą, bardziej przyjazną stronę medycyny. Staramy się powoli odbudowywać utracone zaufanie i przywracać właściwe autorytety. Tylko taka skala i taki zasięg, jaki oferują media społecznościowe może wpłynąć na młode pokolenie. Pokolenie, które przecież za kilka lat będzie pokoleniem rodziców, a za kilkadziesiąt, dziadków. I tak, to bardzo nowatorskie podejście i zdaję sobie sprawę, że może zostać uznane za niepotrzebną fanaberię. Ale świat się zmienia i medycyna nie może zostać w tyle. Wystarczy spojrzeć, do czego doprowadziła nasza bierność i milczenie. Kiedy chowaliśmy głowę w piasek, zachorowalność na odrę wzrosła o 300%, a strukturyzatory wody sprzedawały się w najlepsze.

PS Powyższy materiał powstał po otwierającym oczy spotkaniu SKN Medycyny Stylu Życia. Transmisję oraz krótką notkę podsumowującą najważniejsze punkty wykładu i dyskusji możecie znaleźć na fanpage’u!

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *