Motywacja na medycynie

Napiszę teraz coś, co wszyscy studenci medycyny wiedzą, ale nikt nie odważy się powiedzieć tego głośno. Medycyna bywa nudna. Nie jako dziedzina. Jako dziedzina jest fascynująca, dynamiczna, pełna innowacji, dzięki którym w turnieju przeciągania liny jakim jest opieka nad pacjentem w stanie krytycznym lekarze mają szansę pokonać śmierć. Ale żeby się prawdziwie zafascynować, trzeba się najpierw prawdziwie wynudzić.

Pamiętam, że kiedy przed maturą czytałam piąty raz rozdział o grzybach jedynym promykiem nadziei utrzymującym mnie przy życiu była myśl przebijająca się przez całą moją niechęć, że jeśli teraz się nie poddam i dostanę się na medycynę, będę wolna. A to znaczy, że będę mogła uczyć się wyłącznie tego, co mnie interesuje. Powtarzałam sobie, że prędzej czy później skończy się moja męka z fizjologią roślin oraz cyklami nasiennych i zajmę się tylko szeroko pojętą biologią człowieka. Wyobrażałam sobie, że będę sama dobierała sobie zajęcia, na które będę chodzić, że będę uczyła się z wielu książek i tworzyła wyczerpujące notatki uzupełnione o wiadomości z innych źródeł, przede wszystkim z artykułów naukowych. Wszyscy opowiadali, że właśnie na tym polega studiowanie, bo student to nie to samo co uczeń. Student jest traktowany jak dorosły i sam rozstrzyga o potencjalnej użyteczności obijających się o jego uszy informacji. Nie mogłam się doczekać.

I faktycznie, nigdy później nie musiałam wracać do mszaków ani projektować doświadczeń sprawdzających zależność wzrostu od ekspozycji na poszczególne barwy światła. Szkoda tylko, że nie wiedziałam, że na „dorosłe studiowanie” też będę musiała poczekać. Dlaczego? Otóż przez pierwsze trzy lata medycyny wcale się nie studiuje. To raczej przedłużenie szkoły. Tylko kartkówki nazywa się wejściówkami, a sprawdziany kolokwiami. Obowiązuje na nie podręcznik, który trzeba znać na pamięć, najlepiej słowo w słowo, bo jego autor układa egzamin. Jest nawet gorzej niż w szkole, jako że trzeba umieć dane zagadnienie jeszcze zanim zostanie wyjaśnione na zajęciach, za to prowadzący nawet nie musi mieć pojęcia o temacie, a tym bardziej o dydaktyce, bo wystarczy, że wyświetli cudzą prezentację i przeczyta wszystkie slajdy w ciągu dwugodzinnego seminarium. A, no i najważniejsze- nie można mieć nieobecności.

Poza tym, medycyna to nie tylko to, co makroskopowe. Szok! W dzisiejszych czasach znamy mechanizmy molekularne tylu zmian, że nie ma podręcznika, w którym nie byłyby one omawiane. Dlatego na studiach uczą nas cytofizjologii, biochemii i histopatologii, gdzie wszystko rozgrywa się na poziomie organelli komórkowych. I oczywiście, gusta są różne, ale dla kogoś, kto z nauką o człowieku kojarzył do tej pory anatomię i fizjologię te przedmioty są nie lada rozczarowaniem. Nic dziwnego, że ślęcząc nad 1386 stroną książki o wymiarach płyty chodnikowej, w której więcej jest zlepków przypadkowych znaków niż znajomo brzmiących słów, człowiek zaczyna się zastanawiać: komu to potrzebne i do czego? Czy znajomość wzorów strukturalnych wszystkich aminokwasów sprawi, że będę lepszym człowiekiem? Nie. Lepszym lekarzem? Nie. Czy odtworzenie na oddziale cyklu Krebsa uratuje komuś życie? Raczej nie, choć nigdy nic nie wiadomo. Po co więc zaśmiecać sobie tym umysł?

Tak naprawdę nie ma dobrego powodu. W takich chwilach część osób dochodzi do wniosku, że dalsza nauka jest stratą czasu i na egzaminie lepiej liczyć na szczęście i intelekt sąsiadów. Można? Można. Ja jednak nie mam zdrowia do takiego kombinowania. Próbuję za to znaleźć sens ukryty w tych godzinach ślęczenia nad nudnymi rozdziałami. A skoro nie można go znaleźć w odległej przyszłości, szukam czegoś bardziej prozaicznego i tu z pomocą przychodzi sumienie. To ono nie pozwala mi na niedbałe traktowanie studiów, dla których wiele poświęciłam nie tylko ja, ale też wszyscy moi bliscy. Poza tym, ważny jest dla mnie spokój ducha i zamiast stresować się, czy będą pytania z działu, którego nie przeczytałam, wolę go przerobić i nie dać się zaskoczyć. Lecz najsilniejszym napędem jest mój głód wiedzy. Nie nazwałabym tego ciekawością, bo tak jak napisałam wcześniej, nauka na większość przedmiotów, które pojawiają się na początkowym etapie studiów to proces monotonny i mało stymulujący. Ja po prostu lubię wiedzieć. Widzieć pytanie i znać odpowiedź. Bez względu na to, czego dotyczy. Zapewnia mi to stały dopływ dopaminy w układzie nagrody i daje ogromną satysfakcję. Ta satysfakcja jest moim paliwem. Myślę, że każdy potrafi je w sobie wygenerować. Nie zaszkodzi spróbować, prawda?

 

Zobacz też:

4 thoughts on “Motywacja na medycynie

  1. Dziękuję za ten post! za każdym razem, gdy widzę informację o nowym wpisie na instagramie, pędzę co tchu do komputera. Jesteś dla mnie ogromną motywacją :)

    1. To ja dziękuję! Właśnie takie komentarze sprawiają, że czuję, że warto się wysilać. Dla takiej społeczności powstał Doctor Avocado. :)

    1. Zdarzają się, ale to raczej pojedyncze przypadki. U mnie w grupie na pierwszym roku najstarsze osoby miały 23 lata i traktowano je dokładnie tak jak wszystkich pozostałych studentów. Natomiast wyróżniało się ich podejście do nauki. Nie była to sprawa życia i śmierci, tak jak dla większości pierwszoroczniaków, co często sprawiało, że w czasie ustnych zaliczeń byli bardziej opanowani. Zwykle asystenci doceniali taką pewność siebie albo raczej zdrowy rozsądek i automatycznie traktowali te osoby bardziej po partnersku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *