Nie masz talentu? Witaj w klubie!

Nie jestem typem artystki. Chciałabym, ale nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Moje młodzieńcze lata obfitowały w dowody, których nie dało się przeoczyć.

Z obawy o moje życie i zdrowie, pomimo lamentów i błagań, rodzice nigdy nie zgodzili się zapisać mnie na balet. Zamiast tego zaproponowali mi zwykłe zajęcia taneczne. Oczywiście okazałam się pokraką. Próbowałam sił w szkolnym chórze, ale na dźwięk mojego słodkiego głosu brwi same się marszczyły, toteż przydzielono mnie do sekcji instrumentów. Urażona duma nie pozwoliła mi na kontynuowanie kariery w zespole. I dobrze, bo jak się później okazało ledwo radziłam sobie z rytmicznym uderzaniem w trójkąt. Moje prace plastyczne zwykle były “interesujące”, nie ładne i nie przysporzyły mi wielu wyróżnień, a do sklejenia papierowego modelu samochodu na technikę zatrudniłam tatę, bo nie mogłam sobie poradzić z maleńkimi wycinankami.

Jedyne za co zbierałam pochwały to wypracowania. Wcześnie w podstawówce usłyszałam jak moja mama chwaliła mnie przy innej mamie, że ładnie piszę i mam lekkie pióro. Cóż, to bardzo miłe, choć niezbyt przekonujące, bo do szóstej klasy prawie każda mama święcie wierzy w zdolności językowe swojego dziecka. Potem jednak te same słowa padały z ust kolejnych polonistek, więc coś musiało być na rzeczy. Wciąż jednak nie widziałam w tym nic wyjątkowego. Co z tego, że umiałam coś napisać. Każdy umie. Każdy, kto czyta, prędzej czy później wpada na pomysł, żeby spróbować swoich sił i napisać coś własnego. Co innego śpiew albo gra na pianinie. To są prawdziwe talenty, bo pokazują je w telewizji i można dzięki nim zrobić zawrotną karierę. A nie jakieś tam pisanie.

Z takim myśleniem poszłam na studia, licząc, że może na medycynie odkryję w sobie talent albo chociaż smykałkę i otworzą się przede mną drzwi do świata ludzi kreatywnych. Wtedy poznałam Kamila, który początkowo jawił mi się jako ryzykant i lekkoduch, gdyż całą swoją przyszłość zamierzał oprzeć na filmie- połączeniu obrazu i słowa. Co za kaprys! Ciekawe, z czego będzie żył, jak skończy mu się wena. Ale im dłużej przyglądam się jego poczynaniom, tym bardziej sobie uświadamiam, że to nie kaprys, lecz praca, która wbrew powszechnej opinii nie opiera się na wenie, tylko na warsztacie. Dopiero Kamil przekonał mnie, że to, co do tej pory brałam za powszechną umiejętność nie jest wcale takie częste, a teksty, które lądowały w szufladzie mogą być warte czyjejś uwagi. Kiedy podsunął mi pomysł bloga, zaśmiałam się. Miałam mnóstwo zastrzeżeń.

Po pierwsze, po co? Mój głos nie zbawi świata, nie wpłynie na topniejące lodowce i nie obniży cen ropy. Co ważnego w naszych czasach może mieć do powiedzenia dwudziestolatka… Po drugie, po co? Pisanie i medycyna to drogi, które się nie krzyżują. Dlaczego miałabym marnować czas na głupstwa, które ani o cal nie przybliżają mnie do bycia dobrym lekarzem. Czy zamiast wypisywania bzdur w Internecie nie lepiej by było zrobić notatkę ze wszystkich wskazań i przeciwwskazań do stosowania glikokortykosteroidów? Wreszcie, po trzecie, po co?! Przecież tyle osób zaczyna takie projekty, które szybko giną w morzu innych, podobnie nieistotnych albo w blasku internetowych potentatów, których sukcesy dawno nasyciły rynek. Brawo, Klara, świetna argumentacja, może trzeba było iść na prawo… Pomysł umarł.

Ale odżył, wykiełkował z pestki awokado. Warunki były jak najbardziej sprzyjające. Miałam mnóstwo nauki na uczelni – im potężniejsza fala informacji zalewała mój mózg, tym szybciej traciłam zainteresowanie i zaczynałam się nudzić. Uczyłam się dzielnie, lecz kiedy już decydowałam się na odpoczynek, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić, bo nic tak naprawdę nie potrafiło oderwać mnie od rzeczywistości. Odkrywałam więc Internet, szukałam blogów, kanałów na YouTube, czytałam felietony i w pewnym momencie zdecydowałam, że muszę zacząć działać, bo inaczej oszaleję. Przyznanie, że chcę robić ładne zdjęcia ładnym kompozycjom ładnych rzeczy i że bawiąc się słowem, w zależności od nastroju chcę kreować rzeczywistość albo wiernie ją oddawać nie było dla mnie czymś łatwym do przełknięcia. Przynajmniej wiedziałam, że pierwszy raz w życiu robię coś na własnych zasadach. Z talentem czy bez talentu, nieważne!  Zrobię to bez limitów, bez terminów, bez pytania o pozwolenie, a przede wszystkim bez żadnej odpowiedzialności. Jaka to miła odmiana! Choć pióro bywa ostrzejsze od miecza, mój tekst raczej nikogo nie zabije, mój błąd nie będzie kosztował nikogo zdrowia. Nie rywalizuję, nie udowadniam nikomu swoich kompetencji. Paradoksalnie, coś tak bezużytecznego i potencjalnie bezsensownego przynosi mi więcej satysfakcji niż wszystkie produktywne rzeczy, jakie robiłam do tej pory. To czysta radość!

Czy zawsze jest różowo? Prawie zawsze, dzięki temu, że staram się niczego nie oczekiwać i nie stawiać sobie nierealnych poprzeczek, co niestety mam w zwyczaju. Czasami wkrada się frustracja – dlaczego odzew jest mniejszy niż się spodziewałam, dlaczego większość interesują jedynie zdjęcia, a relatywnie niewiele osób zadaje sobie trud, żeby przeczytać artykuł? Ale to tylko momenty zapomnienia, które w ogólnym rozrachunku nie mają żadnego znaczenia i znikają, gdy przypomnę sobie, że od tego nie zależy i nie stracę dachu nad głową, jeśli nie zdobędę odpowiedniej liczby czytelników w miesiącu. Zobowiązana jestem tylko wobec samej siebie, żeby zachować zapał i dalej się rozwijać! Wy też czujecie się zobowiązani – jeśli tylko coś Was interesuje i błąka się w zakamarkach Waszych umysłów –  próbujcie, działajcie i ponoście małe porażki w zamian za duże zwycięstwa. Zawalczcie o ten błysk w oku. A talent? To składnik opcjonalny.

 

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *