Semestr wiosenny

Nowy Rok, nowa ja? Nonsens. Nie uznaję Nowego Roku za odpowiedni czas na robienie wielkich planów, postanowień czy życiowych rewolucji. Przyczyn mogłabym wymienić kilka, ale głównym powodem jest to, że na studiach styczeń to jeden z najbardziej intensywnych i wymagających miesięcy. Łatwo sobie wyobrazić, dlaczego. Przed Bożym Narodzeniem nikt nie ma głowy do nauki – prezenty, pierwszy śnieg, wizja odpoczynku i powrotu do rodzinnego miasta. Potem jest dłuższa przerwa, podczas której trudno o pełną, a czasami nawet o jakąkolwiek produktywność. Wolny czas ma to do siebie, że mija za szybko i pewnego dnia kalendarz wysyła nam powiadomienie o zbliżających się trzech kolokwiach, ustnym zaliczeniu i dwóch egzaminach na dokładkę. Voilà – miesiąc wyjęty z życiorysu.Dokładanie sobie w tym czasie nowych zobowiązań np. siłowni 5 razy w tygodniu, godzinnej medytacji codziennie wieczorem czy samodzielnej nauki języka może skończyć się fiaskiem. Dlatego wolę poczekać aż cały ten naukowy rollercoaster nieco zwolni  i rozpocząć pracę nad nowymi projektami dopiero po sesji. Mam wtedy inne nastawienie, tak jakbym leżał przede mną pusty zeszyt, który czeka na zapisanie w nim pierwszej strony. Nowy semestr, nowa ja? Tak, to już prędzej.

Ale, ale… Wiecie, czego jeszcze nie uznaję? Podziału roku akademickiego na semestr zimowy i letni. Nie oszukujmy się – w naszym klimacie połowa semestru letniego, to wciąż zima, a lato tak  naprawdę można poczuć dopiero w wakacje… Dlatego wymyśliłam sobie bardziej adekwatny system. Rok dzielę na semestr jesienno-zimowy, byle jaki okres przejściowy i tytułowy semestr wiosenny, którego początek wyznaczają pierwsze zielone pączki, żółte forsycje i delikatne białe kwiaty dzikich jabłoni. Z tygodnia na tydzień wiatr staje się cieplejszy, kurtka cieńsza, rękaw krótszy. Znów warto mieć pod ręką krem z filtrem, a stojaki na rowery miejskie świecą pustkami. Warszawskie Łazienki powracają w wielkim stylu do rankingu najbardziej romantycznych miejsc na spacer, podczas gdy okoliczne lodziarnie zacierają ręce i wystawiają stoliki na zewnątrz. Nawet WUM staje się piękniejszym miejscem. Bliskość Pól Mokotowskich bywa nie do przecenienia w czasie dłuższego okienka. Poważnych studentów medycyny coraz częściej można przyłapać uśmiechniętych i wszyscy nieśmiało zaczynamy snuć rozmyślania o wakacjach, od których dzieli nas tylko jedna drobna formalność – sesja letnia.

Jak już zapewne się domyślacie, semestr wiosenny to mój ulubiony okres na uczelni. Jeszcze jest za wcześnie, żeby martwić się egzaminami, bo przecież ,,przed chwilą” zdaliśmy zimowe. Poranne wstawanie przestaje mi przeszkadzać, kiedy po odsłonięciu żaluzji o 6 rano widzę bezchmurne niebo. Zaczynam dzień z zupełnie inną energią niż na przykład w listopadzie. Niestety liczba kresek na termometrze jest odwrotnie proporcjonalna do mojej motywacji do nauki. Wrażenie zakończenia pewnego etapu, które pojawia się po takim styczniowym maratonie jest szalenie złudne, bo przecież z całorocznych przedmiotów materiału do opanowania jest jeszcze drugie tyle… Na szczęście (albo nie) mój wewnętrzny Mr. Hyde uspokaja mnie, że jeszcze mam mnóstwo czasu. A mi łatwo jest w to uwierzyć i spojrzeć w przyszłość nieco bardziej optymistycznie, mając na nosie okulary przeciwsłoneczne i kilka nowych piegów!

PS Drodzy Maturzyści! Wiem, że Was też kusi piękna pogoda, ale teraz jesteście na ostatniej prostej i naprawdę musicie maksymalnie się skupić, żeby dać z siebie wszystko.  Dacie radę! Zawsze możecie uczyć się na balkonie. ;) A potem… najdłuższe wakacje w życiu!

Zobacz też:

5 thoughts on “Semestr wiosenny

  1. No cóż,kierunek wyrażnie na pięknych dwudziestoletnich.Mój czas minął,wspomnienia zostały.Pokrywają się z treścią wpisu.Czekam na więcej,miło skonfrontować dwie epoki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *