Studia za Granicą #2: Rzeczywistość

Witajcie ponownie w Truskawkowej serii o zagranicznej edukacji! Moje doświadczenia opieram na dwóch latach spędzonych w londyńskiej szkole filmowej, więc osoby zainteresowane studiowaniem konkretnie na Wyspach są tu odrobinę merytorycznie faworyzowani. Niemniej jednak, dzisiejszy odcinek poświęcony jest moim subiektywnym wrażeniom po zadomowieniu się na obczyźnianym kampusie.

Czy Zachód to Mekka dla studentów? To zale… Ale nie, wiecie co? Mogę śmiało powiedzieć, że podejście do edukacji w UK i z tego, co wiem, w innych europejskich krajach, jest dużo bardziej przyjazne i mniej zbiurokratyzowane niż u nas. O wiele więcej daje się zdziałać komputerowo, nie ma kultu papierowych kopii, systemy informatyczne nie wyglądają jak z ubiegłego stulecia, a kolejki do dziekanatu czy profesorów nie są praktykowanym zwyczajem. Jeśli jest jakaś sprawa, to piszemy maila i umawiamy się z wykładowcą w uniwersyteckiej kawiarni. Wykłady są rzadsze niż 10-osobowe seminaria i nie ma obowiązku chodzenia na zajęcia-zapychacze. W ogóle plan zajęć brytyjskiego studenta świeci pustkami, choć nie znaczy to, że wszyscy w czasie wolnym bumelują. Najwięcej czasu zajmuje praca nad projektami, które są podstawą zaliczania przedmiotów, a dumą każdego studenta jest angażowanie się w różnych stowarzyszeniach. Mam żal do swojej uczelni o jedno. Chociaż wspomniane wcześniej modułowe upierdliwości mogą często napsuć krwi, to żałuję, że nie mam tej odgórnej motywacji do poszerzania horyzontów. Nauka języka jest darmowa, ale szerzej nierozgłaszana, a edukacja fizyczna została całkowicie zamieciona pod dywan. Karnet na kampusową siłownię odstrasza ceną, a na budowie pływalni nikomu nie zależy. Pomimo wielu niekwestionowanych zalet, to pozostawia pewien niedosyt…

 

Pozwolę sobie założyć, że wśród polskich studentów rzadkością jest dysponowanie komfortowymi warunkami mieszkalnymi na drugim końcu kontynentu. Jakość prywatnej przestrzeni bezpośrednio przekłada się na naukową efektywność, dlatego warto potraktować temat czterech kątów poważnie. Większość przyjezdnej młodzieży wybiera na początku akademik i to rozwiązanie zdecydowanie na pierwszy rok polecam. Jego lokalizacja jest zwykle rzut beretem od budynku uczelni lub bardzo dobrze skomunikowana, więc nie zgubicie się w systemie transportowym nowej okolicy. Jest to też możliwość poznania wielu osób, z którymi później wynajmiecie mieszkanie. Ostateczną zachętę stanowi przystępna cena i brak uciążliwych formalności, które potrafią przytłoczyć nawet najbardziej zorganizowane jednostki. Problem w tym, że nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, z kim przyjdzie dzielić kuchnię czy łazienkę, dlatego gro młodych ludzi decyduje się na skrzyknięcie się w paczkę i wspólne wynajęcie mieszkania. Dodatkową motywacją jest fakt, że miejsca w akademiku zoptymalizowane są jedynie pod ilość studentów pierwszego roku i nie ma gwarancji, że na kolejnych latach otrzyma się tam pokój. Do apartamentowego polowania trzeba uzbroić się w żelazne nerwy. Oferty potrafią pojawiać się i znikać w przeciągu kilku godzin. Agenci nieruchomości są dwulicowi i bezwzględni, znieczuleni mieszkaniowym wyścigiem szczurów i nastawieni na zysk. To jest pole bitwy i straty są nieuniknione. Straty czasu, pieniędzy… przyjaźni. Nie przedłużając – jeśli chcecie mieszkać w schludnym miejscu, będziecie je musieli zorganizować w czasie wakacji, a jeśli zaczekacie na wrzesień lub macie ograniczony budżet to do wyboru będą prywatne akademiki lub relatywnie obskurne studenckie hacjendy. Kompromisy, kompromisy i jeszcze raz, kompromisy.

 

Wystarczy tych formalności. Chciałbym Wam też opowiedzieć o moim samopoczuciu. Ogromny wpływ na nie mają ludzie reprezentujący różne kultury, style życia i formy komunikacji. Wyjeżdżając za granicę nie da się uniknąć takiego etnograficznego zderzenia, a już w tak popularnym miejscu jak stolica Wielkiej Brytanii spotyka się przekrój ludzi z całego świata. To naprawdę fascynujące. Wszystkich tych przedstawicieli wielu narodowości spotyka się w przeróżnych sytuacjach od wspólnego gotowania po pracę nad projektem semestralnym. W ten sposób dowiadujemy się dwóch rzeczy. Po pierwsze, wszyscy jesteśmy tak naprawdę tacy sami. Śmiejemy się z tego samego i tym samym się martwimy, czasami lubimy zjeść w McDonaldzie i pospać do późna, zakochujemy się i jesteśmy lojalni dla swoich przyjaciół. Po drugie – jesteśmy zupełnie różni. Mamy inne kuchnie, inaczej ustawiamy meble, co innego uważamy za porządek i podobają nam się inne ubrania czy fryzury. Żyjąc w tym mikrokosmosie globalnej wioski łatwiej nauczyć się tolerancji, bo odkrywamy, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy zbudowani na tym samym fundamencie, a wszystkie różnice, które w przekazach ksenofobów usprawiedliwiają odczłowieczanie wszystkich obcych ras, to tak naprawdę subtelności. I z tymi subtelnościami da się żyć, ale też nie ma nic złego w tym, że możemy czuć się przy kontakcie z nimi niekomfortowo i dążyć do ograniczenia ekspozycji na te zachowania. Ja na przykład jestem pedantem. Szanuję, że pewne narodowości nie mają problemu z otaczaniem się produkowanymi przez siebie śmieciami, ale ja tego nie lubię i będę dążył do zmiany otoczenia, w którym coś takiego jest przez większość mieszkańców akceptowalne. 

 

W nawiązywaniu kontaktów kluczową rolę odgrywa też język. I jeśli zastanawiacie się jaki poziom „upoważnia” osobę do edukacyjnej emigracji, to uspokoję Was, że większość rzeczy da się załatwić z wiedzą na poziomie B2. Diabeł tkwi w szczegółach. O tym, że nie zdajemy sobie sprawy z braków w codziennych, ale precyzyjnych określeniach, wspominałem w poprzedniej części. Ale zupełnie inną kwestią jest istny poligon doświadczalny jakim jest próba uczestnictwa w rozmowie grupki native’ów. Zanim osoba myśląca w innym języku zbierze myśli, znajdzie odpowiednie słowa i przypomni sobie właściwe konstrukcje, temat może powędrować w kompletnie inną stronę. Można też próbować wskoczyć w konwersację i zawierzyć swojej lingwistycznej improwizacji, ale tu z kolei jest ryzyko, że to, co powiemy nie odzwierciedli w pełni naszego zdania. Może i nadanalizowuję zwykłe rozmowy, ale zastanówcie się. Wychowując się w środowisku używającym jednego języka jesteśmy wystawieni na miliony bodźców, które kształtują nasz sposób wypowiedzi i nawet nasza osobowość poprzez słownictwo gramatykę i dialekty, których używamy. Ucząc się języka obcego w większości przypadków korzystamy z ujednoliconych podręczników, które oferują bardzo określony sposób komunikowania się w danym języku. Trudno w tak krótkim czasie i przy braku zróżnicowanych czynników zewnętrznych odpowiednio spersonalizować swoją mowę do idealnego dopasowania do osobowości. Stąd poczucie, że zagranicznym znajomym prezentuje się inną, a wręcz uproszczoną wersję osoby, którą jesteśmy. Ale spokojnie, to przychodzi z czasem. Jednym szybciej, innym wolniej, ale prędzej czy później znajdziecie ludzi, którzy się na Was poznają niezależnie w jaki sposób się porozumiewacie. 

 

Na koniec, chciałbym podzielić się z Wami refleksją odnośnie tęsknoty i nostalgii. Każdy z nas odczuwa sentyment w inny sposób, ale jestem przekonany, że nie da się go całkowicie uniknąć. Choćby nie wiem jak nienawidzilibyście swojego miasta i środowiska, w którym się wychowaliście, to szczęśliwe wspomnienia do Was powrócą. Kiedy pierwszy raz zostaniecie zapytani o miejsce popołudniowego spotkania, ugryziecie się w język myśląc o Waszej ulubionej kawiarni 700 metrów od domu. Znajdziecie się też w sytuacji, w której chcecie zarzucić perfekcyjnie pasującym inside jokiem, ale nikt go nie zrozumie. Tego zwyczajnie nie da się uniknąć. Od Was zależy czy te wspomnienia będą Wam poprawiać humor podczas cięższych momentów na początku wielkiej zagranicznej kariery czy motywować Was do jak najsprawniejszego przebrnięcia przez emigracyjną edukację i wykorzystywanie każdej wolnej chwili na powrotne podróże do rodziny. Innymi słowy, tęsknota to nadzieja. Dla niektórych nadzieja na to, że w nowym miejscu powstaną równie fantastyczne pamiątki. Dla pozostałych – nadzieja na wzbogacenie tych najważniejszych w naszym życiu rzeczy zupełnie nową perspektywą. 

 


Cykl „Studia za Granicą”:
Część 1: Decyzja
Część 3: Medycyna

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *