Wspomnienie: Egzamin maturalny

Matura. Magiczne słowo, którym rodzice straszą dzieci nieprzykładające się do nauki. Jedyne słowo, które potrafi sprawić, że gwar w klasie natychmiast cichnie, a uczniowie zaczynają słuchać nauczyciela. Jeden z filarów naszego systemu edukacji o kardynalnym znaczeniu dla przyszłości tych, którzy decydują się kontynuować kształcenie na poziomie uniwersyteckim. Niektórzy nazywają ją egzaminem dojrzałości, ale to zwyczajny anachronizm. Matura nie ma nic wspólnego z dojrzałością. A im bardziej mgliste staje się jej wspomnienie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że generalnie nie ma nic wspólnego z niczym.

Nauka w liceum zmierza do matury niemal tak nieuchronnie jak życie do śmierci. Nauczyciele w myśl zasady “memento mori” przypominają o tym swoim podopiecznym średnio dwa razy dziennie. Dla tych, którzy są zdeterminowani, żeby dostać się na kierunek lekarski, przygotowania to przede wszystkim wtłaczanie sobie do głowy schematów rozwiązywania zadań, wychwytywanie subtelnych podpowiedzi w treści polecenia oraz bezskuteczne uczenie się na pamięć rozwoju grzybów i fizjologii roślin. Przedstawiciele tej frakcji maturzystów nigdy nie czują, że są gotowi i przez ostatni rok wchodzą w cykl niekończących się powtórek. Są niczym kowale nieustannie kujący swój oręż w oczekiwaniu na najgorsze albo szefowie kuchni obsesyjnie ostrzący swoje noże, żeby w krytycznym momencie nie okazały się zbyt tępe. Dlaczego? Bo matura nie wybacza błędów. Co gorsza, drogi Biol-Chemie, nawet jeśli opanujesz cały materiał, zrobisz wszystkie dostępne arkusze i obudzony o drugiej w nocy wyrecytujesz od końca Tablicę Mendelejewa, możesz się rozczarować. Jedno niedoczytane pytanie, jedno 0 za dużo, przecinek postawiony w nieodpowiednim miejscu i zły klawisz naciśnięty na kalkulatorze mogą sprawić, że w następnym roku zamiast poznawać tajniki ludzkiego ciała na anatomii, będziesz siedzieć w domu i przygotowywać się do poprawy.

Pozwolę sobie w tym miejscu nieco odejść od tematu – czas na małą anegdotę. Kiedy byłam w szóstej klasie, dostałam się do etapu wojewódzkiego konkursu kuratoryjnego. Po kilku miesiącach przygotowań z moją nauczycielką, byłam naprawdę dobrze przygotowana. Pokładano we mnie duże nadzieje i w pewnym momencie sama zaczęłam wierzyć, że mogę zostać laureatką. W dniu konkursu na miejsce podwoził mnie dziadek. Towarzyszyła nam moja mama i pamiętam, że była zestresowana, że się spóźnimy, bo staliśmy w korku w centrum. Wtedy dziadek zaproponował, żebyśmy wyskoczyły na chodnik, póki jest czerwone światło, bo szybciej dotrzemy tam pieszo. W pośpiechu wygramoliłam się z samochodu, zatrzasnęłam drzwi i zawyłam z bólu. Zamykając drzwi, przy okazji zmiażdżyłam sobie kciuk. Sam koniuszek, dokładnie paznokieć. Do dziś się wzdrygam na samą myśl. Podobno moja twarz zrobiła się szarozielona. W takim stanie, z paznokciem w kawałkach, dotarłam na konkurs, który napisałam na otępiającej dawce leków przeciwbólowych. Po wyjściu z sali nawet nie mogłam sobie przypomnieć swoich odpowiedzi, żeby sprawdzić je z kluczem. Uzyskałam 60%, co chyba nie wystarczyło nawet na tytuł finalisty. A może wystarczyło? Zabawne, jak takie szczegóły z czasem tracą na znaczeniu. To cud, że w ogóle cokolwiek napisałam. Miałam szczęście, że to nie była prawa ręka. Miałam szczęście, że to nie była matura…

No właśnie. A gdyby to jednak była matura? Wtedy jednym niefortunnym trzaśnięciem zaprzepaściłabym swoje szanse na medycynę. I tak, oczywiście, można próbować za rok, to nie byłby koniec świata. Różne rzeczy się zdarzają i trzeba umieć podchodzić do nich z pokorą. Ale czy rozsądek nie podpowiada, że o czymś tak istotnym jak wybór ścieżki życiowej powinno decydować coś więcej niż kilkunastostronicowy arkusz? Jest mnóstwo rozwiązań, które działają w innych krajach – rozmowy z kandydatami, egzaminy wstępne, ocena dodatkowych aktywności, zrealizowanych projektów. To wszystko minimalizowałoby losowość – pierwiastek szczęścia i pecha, więc w zasadzie zadziałałoby jak miecz obosieczny. Tym samym pozwoliłoby jednostce zaprezentować swój wizerunek, dałoby jej większy wpływ na swoje losy. Takie holistyczne podejście sprawi, że kandydat stanie się czymś więcej niż sumą punktów procentowych. Obecny system skupia się na obiektywizmie, na skalach, centylach, miernikach i dzięki temu jest pozbawiony czynnika ludzkiego, ale w związku z tym jest oderwany od rzeczywistości. Który poważny pracodawca zatrudniłby pracownika tylko na podstawie jakiejś przypadkowej liczby? Na pewno niektórzy myślą teraz z oburzeniem, że przecież skoro ktoś się uczciwie przygotowuje, to “jego liczba” nie będzie przypadkowa. Rzeczywiście. I dlatego nie będzie miał problemu z powtórzeniem wyniku na egzaminie wstępnym.

Proponowane wyżej metody mają też swoje wady. Na pewno dokładają formalności i podwajają stres, a jego jest aż nadto podczas samej matury. To akurat pamiętam bardzo dobrze. Biologia była pierwsza i zdecydowanie bardziej się jej obawiałam. Było sporo tekstów i zadań z wieloma podpunktami. Trzeba było robić arkusz naprawdę sprawnie, żeby zdążyć ze wszystkim. Co było najgorsze? To, że po oddaniu pracy nie byłam w stanie określić swojego wyniku nawet w przybliżeniu. W moim odczuciu mogłam mieć równie dobrze 60, jak i 90%, bo wiele rzeczy zależało od łaskawości klucza. Na chemii zupełnie odwrotnie. Może to dlatego, że to była moja ostatnia matura i zużyłam cały zapas adrenaliny w poprzednich tygodniach. Siedziałam w ławce przy oknie, promienie słońca prześwitywały przez drabinki na sali gimnastycznej, śpiewały ptaki, a ja myślami byłam już w Pradze, do której razem z przyjaciółką wybierałyśmy się następnego dnia. Pamiętam, że gdzieś w połowie pisania dotarło do mnie, że już prawie po wszystkim i że bez względu na to, co się wydarzy, za godzinę rozpoczną się zasłużone wakacje. A z racji tego, że w całym arkuszu chyba żadne zadanie nie było dla mnie szczególnie trudne czy zaskakujące, miałam podstawy przeczuwać, że rezultat mnie zadowoli.

Ale skoro ten etap już jest za mną i wyszłam cało z burzliwego okresu kwitnących kasztanów, to dlaczego wciąż ta kwestia tak mnie frapuje? Sama nie wiem. Po prostu nie mogę obojętnie myśleć o tym niesprawiedliwym systemie, który decyduje o bycie lub niebycie kolejnych pokoleń na wymarzonych studiach. Myślę, że to dotyczy w mniejszym lub większym stopniu każdego poważnego kierunku, nie tylko medycznych, ale o tych innych nie potrafię się szczegółowo wypowiedzieć. Dlatego wszystkim tym, którzy do matury wciąż się przygotowują z całego serca życzę elastycznego klucza odpowiedzi (jeszcze to docenicie)! Sama natomiast mogę odetchnąć z ulgą wraz z całą resztą czytelników, bo dla nas ten szalony maj jest już na szczęście tylko wspomnieniem.

PS Choć minęły już prawie 3 lata, co jakiś czas śnią mi się koszmary, że muszę zdawać to wszystko jeszcze raz… Też tak macie?

Zobacz też:

One thought on “Wspomnienie: Egzamin maturalny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *