Wspomnienie: Liceum

Za mną kolejny rok studiów. Jestem bogatsza o rok doświadczeń, o kilka opasłych podręczników, a jednocześnie coraz uboższa o wspomnienia z czasów licealnych, które gubią się w mojej pamięci przykrywane kolejnymi porcjami uczelnianej codzienności. Często pytacie, jak wyglądała moja nauka w liceum i ten temat wyczerpałam w artykule ,,Jak się dostałam na medycynę”. Równie często chcecie wiedzieć, jak wyglądało moje życie poza szkołą i jak zmieniło się wraz z rozpoczęciem studiów medycznych, dlatego bez wchodzenia w zbędne szczegóły postaram się przenieść Was na chwilę do Olsztyna- mojego rodzinnego miasta, gdzie parę lat temu w pewnej głowie wykiełkowała myśl o zostaniu lekarzem.

Nie potrafię powiedzieć dokładnie, kiedy zaczęłam myśleć o medycynie. W klasach I-III namiętnie zbierałam opakowania po lekach i dzięki zabawkowej kasie fiskalnej mogłam otworzyć aptekę pod moim piętrowym łóżkiem i z uporem godnym telemarketera wciskałam każdemu, kto odważył się zajrzeć do mojego pokoju syrop na kaszel i Amlozek na nadciśnienie gratis. Oczywiście musieli potem zwrócić mi swoje zakupy, bo każde pudełko z kolekcji było dla mnie zbyt cenne, żebym mogła tak łatwo się z nim rozstać. Wtedy mniej więcej dostałam od dziadka weterynarza swój pierwszy stetoskop, żebym mogła rozszerzyć działalność o badanie przytulanek. W szóstej klasie natomiast zarzekałam się, że zostanę tłumaczem przysięgłym po nieudanej próbie wykrzesania z siebie talentu plastycznego, która przekreśliła moje szanse na bycie projektantką mody. Poszłam więc do gimnazjum z klasą dwujęzyczną i tam dopiero zaczęła się prawdziwa nauka. Zamiast nudnawej przyrody pojawiło się kilka poważnych przedmiotów i okazało się, że na tym świecie dzieje się więcej niż przypuszczałam. Bardzo szybko zorientowałam się, że nie będzie ze mnie mat-fiza, ale do przedmiotów humanistycznych i przyrodniczych ciągnęło mnie w równym stopniu. W drugiej klasie polonistka dostrzegła we mnie potencjał i poprowadziła do olimpiady, dzięki czemu już w drugiej klasie miałam tytuł laureata. Czyli pol-hist-wos, a potem prawo? Nie tak szybko. W trzeciej klasie doszedł laureat z chemii, z angielskiego i z jeszcze lepsza lokata polskiego. Co teraz? Liceum w Olsztynie, a może gdzieś dalej? Po głowie chodziła mi gdyńska Trójka, ale ze względu na młody wiek rodzice nie chcieli, żebym wyjechała z domu. Poszłam więc na biol-chem-mat-fiz do liceum w Olsztynie, które uważane było za najlepsze i miało pomóc mi rozwinąć skrzydła. Skoro nauka od zawsze była istotną częścią mojego życia, to może bym została lekarzem?

Jak jest w liceum wszyscy wiedzą, a przynajmniej się domyślają. Są rozszerzenia, stres związany z maturą, imprezy, plotki, znajomi, przyjaciele, miłości i miłostki. Czy coś mnie ominęło przez moje ambicje? Początkowo tego nie czułam. Wszystko szło „zgodnie z rozkładem”, popełniałam typowe błędy i przeżywałam nastoletnie uniesienia. Jednak w trzeciej klasie atmosfera nieco się zmieniła. Sama w owym czasie nie dostrzegałam tej różnicy i wydawało mi się, że wszystko jest po staremu. Wiem jednak od mojej mamy, że w klasie maturalnej ucichłam. Więcej wieczorów niż kiedykolwiek wcześniej spędzałam w swoim pokoju, ucząc się i częściej odsyłałam z kwitkiem zawiedzionych braci, którzy chcieli „coś razem porobić”. W szkole na lekcjach, na których kiedyś uważałam robiłam zadania z chemii, na okienkach chodziłam do biblioteki zamiast do kawiarni, a znajomi, którym nie zależało aż tak na wynikach zaczynali mnie irytować swoją beztroską. Nawet w gronie najbliższych przyjaciółek, z którymi dzieliłam pragnienie dostania się na medycynę, pomimo wsparcia, jakim zawsze dla siebie byłyśmy, od czasu do czasu pojawiały się spięcia. Takie sytuacje są nieuniknione, kiedy ma się świadomość, że kandydatów jest kilkakrotnie razy więcej niż miejsc na uczelniach i każdy ma przed oczami ten sam cel.

Staram się nie idealizować przeszłości, gdyż każdy etap w życiu ma swoje uroki i koszmary, ale jeśli mam porównać liceum ze studiami, to liceum wygrywa w niemalże wszystkich kategoriach. Ilość nauki przez całe liceum oceniłabym na mniejszą niż na anatomię na pierwszym roku. Musiałam zrezygnować z wielu rzeczy, a co gorsza z wielu osób. Bardzo powoli odbudowuję te „zasoby” i znajduję równowagę, ale studiowanie na WUMie ma zupełnie inny klimat niż jakakolwiek szkoła średnia i bynajmniej nie ułatwia mi budowania więzi. Łatwo o znajomych, trudno o przyjaciół. Wszystkich się kojarzy, nikogo się nie zna. Wiadomo, że wspólny wróg jednoczy i w grupie istnieje pewna solidarność, lecz poza zajęciami niewiele nas łączy. Przychodzimy, siadamy na dwie godziny i wychodzimy. Każdy wraca do swoich spraw. Pytacie, czy na studiach też są podziały, grupki, hierarchia, elitka i podzielam Wasze rozczarowanie, bo to akurat się nie zmienia. Na szczęście dużo łatwiej jest żyć poza tym światkiem i to od jednostki zależy, na ile się od niego uniezależni.

Mam nadzieję, że w tych kilku akapitach udało mi się ciekawie opowiedzieć kawałek mojej historii i jednocześnie wyczerpująco odnieść się do kwestii nurtujących młodszych czytelników, którzy jeszcze nie są pewni, czy idąc na medycynę nie zawierają paktu z diabłem. Jeśli są jakieś aspekty studiowania, o których chcielibyście dowiedzieć się więcej, zasygnalizujcie to w komentarzach. Chętnie podzielę się wszystkim, czego sama się nauczyłam!

Zobacz też:

One thought on “Wspomnienie: Liceum

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *