Wspomnienie: Pierwszy rok na lekarskim

O pierwszym roku medycyny krążą legendy. Najgorszy, najtrudniejszy, 9 miesięcy depresji, nie ma czasu, żeby jeść i spać. Zwykle sceptycznie podchodzę do tego typu opowieści, bo wiem, że przy odpowiednim nastawieniu i zaangażowaniu człowiek jest w stanie udźwignąć więcej niż mu się wydaje. I faktycznie, udało mi się przebrnąć przez wszystko bez żadnych poprawek. Ale powiem szczerze – było naprawdę koszmarnie.

ANATOMIA

Wróg publiczny nr 1. Zajęcia dwa razy w tygodniu- w poniedziałki i piątki. O ile w tygodniu można było sobie rozsądnie rozłożyć naukę, o tyle w weekend trzeba było po prostu przysiąść na kilkanaście godzin. Zaliczanie wejściówek było istotne, bo warunkowało dopuszczenie do egzaminu. Pytania były różne, raz o łatwe wyliczanki ze Skawiny, a raz o kosmiczne struktury z Bochenka. Niestety ta losowość wiązała się z nieustającym stresem, choć zwykle zadania konstruowano tak, że ktoś kto wysilił się przed zajęciami i przeczytał obowiązujące rozdziały, spokojnie dawał radę. Studenci dzielili się na 3 obozy. Pierwsza grupa grzecznie czytała Bochenka i co tu kryć, miała najlepsze wyniki – na zajęciach wiedzieli najwięcej, a egzamin nie sprawił im większych problemów. Druga bazowała na Skawinie, doczytując ważniejsze zagadnienia z anatomicznej biblii. Trzecia natomiast podjęła ryzyko i uwierzyła w magię cienkich książeczek, a opasłe Bochenki traktowała raczej jako dekorację na półce lub osobliwą pamiątkę ze studiów (syndrom sztokholmski?).

Przyznaję się bez bicia – sama nigdy nie należałam do sympatyków Bochenka. Skawiny kusiły uporządkowaną treścią i co ważniejsze minimalną objętością. Niestety za tą ostatnią szła także minimalna wiedza i bałam się, że to może nie wystarczyć. Choć nie chciało mi się szukać informacji rozrzuconych w pięciu tomach, czasami sięgałam po Bochenka, z założenia omijając szczegóły pisane maciupką czcionką. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim tom IV o układzie nerwowym, który dzięki trafionym rycinom pomaga zrozumieć złożoność mózgu i spodobał mi się tak bardzo, że chętnie przeczytałabym go ponownie. Czy można zdać, ucząc się z samych Skawin? Pewnie, że tak! Znam takich szczęściarzy. Niektórzy potrzebowali dwóch terminów, ale się udało.

Prawda jest taka, że nie lubiłam anatomii, jednak według mnie materiał sam w sobie nie był szczególnie trudny. Problemem był nawał informacji, które trzeba było opanować przed każdymi zajęciami. To był czasochłonny i niestety monotonny proces, bo nauka polegała głównie na wpatrywaniu się w atlas i wbijaniu sobie do głowy długich list – struktur sąsiadujących, zawartości przestrzeni, przyczepów mięśni. Niektórym to odpowiada, bo przynajmniej nie trzeba za dużo myśleć, a dodatkowo to o czym się czyta jest namacalne i dzięki temu dobrze zapada w pamięć. Poza tym dużo rzeczy można sobie ładnie rozrysować, co jest pewnym urozmaiceniem i daje sporo frajdy. Żaden inny przedmiot nie stwarza takiego pola do popisu uzdolnionym artystycznie studentom. :)

HISTOLOGIA

Dobrze wspominam te zajęcia. Obowiązywał podręcznik autorstwa profesora Sawickiego, który trzeba było po prostu znać na wylot. Co tydzień była wejściówka, ale nic zaskakującego nie pojawiało się w pytaniach. Podobnie na egzaminie. Część praktyczną, czyli rozpoznawanie tkanek pod mikroskopem zdawało się dzięki skojarzeniom – były stokrotki, Buka i dziwne gluty – każdy pierwszoroczniak wie, o co chodzi. W Warszawie z histologią połączono embriologię, która na niektórych uczelniach jest oddzielnym przedmiotem. Czy to dobrze czy źle? Raczej bez znaczenia, do tej pory nie miałam okazji do wykorzystania tej wiedzy w praktyce i podejrzewam, że na ginekologii lub pediatrii i tak rozwój płodu trzeba będzie powtórzyć. I znów, nie powiedziałabym, że to był trudny przedmiot, ale wymagano szczegółów, dlatego niektórzy określali go jako nudny i niestrawny. Jeszcze nie wiedzieli, jakie tortury na drugim roku miała do zaoferowania cytofizjologia…

INNE PRZEDMIOTY

W tak zwanym międzyczasie pojawiały się zaliczenia z angielskiego, łaciny, biofizyki, BHP, przysposobienia bibliotecznego, biostatystyki, biologii molekularnej, historii medycyny, etyki, pierwszej pomocy czy z propedeutyki medycyny uzależnień. Oprócz tego trzeba było wybrać dwa fakultety i cały rok chodzić na wf. Te dodatkowe przedmioty nie były w żaden sposób obciążające (może oprócz biofizyki), ale powszechnie uważano je za bezsensowne, bo zabierały cenny czas, który wolałoby się poświęcić na przykład na naukę anatomii. Na zajęciach mało kto zwracał uwagę na prowadzących, co było z jednej strony przykre, a z drugiej zupełnie zrozumiałe.

Pierwszy rok dał mi w kość. Dał nam wszystkim. Były łzy, wątpliwości, frustracja, porażki małe i duże. Dla większości wiązał się z przeprowadzką do nowego miasta daleko od rodziny i przyjaciół, a więc z obciążeniem emocjonalnym. Czasu nie wystarczało na nic, więc życie towarzyskie było w stanie hibernacji. Niektóre dawne relacje nie przetrwały tego przełomu i każdy radził sobie jak mógł, starając się o nowe. Uczelnia nie próbowała niczego ułatwiać, więc sporo osób musiało się z nią pożegnać. Część z nich być może cieszy się, że w porę uświadomiono im, że nie tędy droga. Bardziej zdeterminowani próbowali dalej w tych samych lub innych murach. Dobra wiadomość jest taka, że z czasem ludzie przestają być obcy, pamięć staje się wytrenowana, a umysł bardziej otwarty. Po pierwszym roku nabiera się dystansu, a z każdym kolejnym semestrem wizja lekarskiej przyszłości zaczyna być coraz bardziej wyrazista.

 

Zobacz też:

One thought on “Wspomnienie: Pierwszy rok na lekarskim

  1. Ach te wspomnienia…ogarnianie komunikacji i czasu na dojazdy na zajęcia,pobliskich sklepów w celu walki z pustą lodówką,oczekiwanie na święta,by doładować baterie w domku 🐣

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *