Wspomnienie: Wybór uczelni

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że doskonale pamiętam moment publikacji wyników matur. Dlaczego? Bo go przespałam. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Cały dzień czekałam z niecierpliwością, a przed północą zamknęłam laptopa “tylko na chwilę” i zanim zdążyła zadziałać adrenalina, już smacznie spałam. Może to z nadmiaru emocji, może ze zwykłego zmęczenia. A może podświadomość podpowiedziała mi, że bez względu na wynik z rozpaczy lub ekscytacji już nie zmrużę oka i nie warto zarywać nocy. Następny poranek był natomiast jednym z tych, które pamięta się do końca życia. Po piątej do mojego pokoju jak burza wpadła uszczęśliwiona mama i cały czas powtarzała, że jest kilka setek, że na pewno się wszędzie dostanę i że to jest coś niesamowitego. Byłam skołowana i zaspana, więc gdy podeszłam do komputera, dopiero po kilku chwilach wpatrywania się w ekran, zaczęło docierać do mnie, że patrzę na kilka cyfr, które otworzą mi drzwi każdej uczelni medycznej w kraju. 

Najpierw była euforia, a po niej zwątpienie. Czy to wystarczy? A jeśli innym poszło równie dobrze lub lepiej i progi podskoczą? Nie znałam realiów i zamiast się cieszyć, wciąż odczuwałam pewien niepokój. Pomyślałam, że nie powinnam jeszcze dzielić skóry na niedźwiedziu i z ulgą odetchnę dopiero, gdy zobaczę swoje nazwisko na liście przyjętych. I zobaczyłam. Pierwsze listy sześciu uczelni, na które zapobiegawczo się rekrutowałam, pojawiły się praktycznie jednocześnie i na wszystkich odnalazłam swoje nazwisko. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Nie spodziewałam się, że to ja będę decydować o wyborze uczelni, bo zawsze sądziłam, że jeśli już się dostanę, to nie będę miała dużego pola manewru i pójdę tam, gdzie mnie przyjmą. Co gorsza, wokół siebie nie widziałam żadnych znajomych nazwisk. Rzecz jasna głupotą jest sugerowanie się innymi ludźmi w takiej kwestii, ale z drugiej strony, raźniej byłoby rozpoczynać nowy etap życia z najlepszą przyjaciółką u boku. Po długich rozważaniach wciąż stałam przed dylematem – Gdańsk czy Warszawa? Gdańsk – morze, znajomi, trochę tańsze utrzymanie, mniejszy wyścig szczurów. Warszawa – stolica, najlepszy ośrodek, największe możliwości. Każdy, kogo pytałam bez wahania odpowiadał, że tylko Warszawa, bo to duże miasto, najprężniej się rozwija, najwięcej na tym skorzystam. Ale ja nie byłam przekonana. I wtedy do akcji wkroczyli rodzice, którzy widząc moje niezdecydowanie, próbowali mnie ukierunkować. Ich argumenty rzeczywiście miały dużo sensu – skoro mogę iść na uczelnię, która w rankingach wypada najlepiej, to nie powinnam z tego rezygnować tylko przez wzgląd na irracjonalne obawy, że nie spodoba mi się miasto albo że znajdę się wśród ludzi, którzy oceniają innych pod kątem tego, jak dużą konkurencję na rynku pracy mogą stanowić w przyszłości. Wtedy klamka zapadła i pojechałam z mamą złożyć papiery.

Moje pierwsze wrażenie z pobytu na WUMie? Koszmarne. Miałam wrażenie, że wszyscy krzywo na mnie patrzą. Nikt nie chciał nawet pożyczyć mi długopisu do podpisania białej teczki, którą musiałam zorganizować sobie na poczekaniu, bo nie wiedziałam, że taki taki jest standard. Gdy tak stałam w tej długiej kolejce, przez ponad 40 minut moja wyobraźnia pracowała jak szalona. Przypomniały mi się wszystkie krążące na forach opinie o studentach WUMu (stereotypowe dziewczyny z nadętymi minami i stereotypowi aroganccy chłopcy, którzy od trzech pokoleń mają samych kardiochirurgów w rodzinie). Po złożeniu dokumentów miałam minę, jakbym właśnie skazała się na 7 lat nieszczęścia. Oczywiście rozpłakałam się w drodze powrotnej przekonana, że popełniałam wielki błąd i to będzie katastrofa. Już byłam gotowa przenosić się z powrotem do mojego rodzinnego miasta, żeby tylko nie iść na ten nieszczęsny WUM.

Patrząc na to z perspektywy czasu wiem, że wybrałam mądrze. To była najrozsądniejsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Ale czy wybrałam dobrze? Tego nie jestem w stanie określić na tym etapie swojej edukacji. Okaże się za kilka, kilkanaście lat. Póki co, WUM mnie nie porwał. Nie rozkochał mnie w sobie od pierwszego wejrzenia, nie nadrobił charakterem czy bogatym wnętrzem. Może nie pokazał jeszcze wszystkiego, może w podwiniętych rękawach fartuchów władz tej uczelni wciąż kryją się jakieś asy. Jeśli tylko taka karta pojawi się w grze, na pewno nie przejdę koło tego obojętnie i na blogu pojawi się o tym wzmianka. Nasza cierpliwość jest po prostu wystawiana na próbę…

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *