Czy medycyna jest dla każdego?

Według mnie odpowiedź jest prosta – tak.

Z moich obliczeń wynika, że gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, kiedy w rozmowie o zawodzie lekarza lub studiowaniu medycyny pada słowo powołanie, mogłabym sobie pozwolić na klasyczną mini torebkę Chanel albo niewielkie auto bez obawy o wyzerowanie konta. Mistyczne, enigmatyczne powołanie. Co to właściwie jest? Głos z nieba, zew natury, a może jakiś allel genu?

Mówi się, że bez tego magicznego atrybutu nie powinno się nigdy zakładać fartucha. Moim zdaniem to przesada, szczególnie, że nie wszyscy przez powołanie rozumieją to samo. Jedni poprzez powołanie rozumieją wyjątkowe zdolności intelektualne, a inni chęć pomocy rannym żołnierzom w Syrii.  Wiadomo, studia są jakie są – trudne, żmudne, nudne, długie, a potem równia pochyła, śmierć i mogiła. Lata harówki na rezydenturze wynagradza uścisk dłoni uśmiechniętego pacjenta i niezbyt wysoka pensja. Nikogo chyba nie dziwi, że potrzeba wiele hartu ducha i determinacji, żeby nie tracąc empatii dotrwać do momentu, w którym zyski zaczynają przeważać nad stratami. Przydaje się też dobra pamięć i kręgosłup moralny. Jeśli właśnie taką siłę charakteru mamy na myśli, mówiąc o powołaniu, zgoda. Nie każdy musi zbawiać świat. 

Niestety dla niektórych to za mało. Krążą opinie, że lekarz musi wykonywać swój zawód z czystej pasji. Tym razem, jakbym dostawała złotówkę za każdą zasłyszaną pasję, zabrałabym rodzinę na Malediwy. To jedno z najbardziej nadużywanych słów naszych czasów. Obecnie każdy musi mieć jakąś pasję, a jak nie ma, to niech ją jak najszybciej znajdzie, bo życie bez pasji smutne jest tak jak Słowacki wielkim poetą był. Zapomina się, że prawdziwa pasja to tak naprawdę rzadkość i nie każdemu będzie dane ją w sobie odkryć (sama na to czekam). Nie mylmy jej z zainteresowaniami, zajawkami czy okresową fascynacją. Pasja to potężna siła i na palcach jednej ręki mogę policzyć znajomych, którzy ją posiadają i świadomie podążają wyznaczoną przez nią drogą.

Istnieje przekonanie, że jak już się znajdzie tą nieuchwytną pasję, to należy zrobić rewolucję w życiu i zacząć robić to, co się kocha, przekuwając ją w coś zyskownego. I to, że niektórym się to udaje jest wspaniałe, nie twierdzę, że nie. Ale wcale nie trzeba rozkoszować się każdym przepracowanym dniem, żeby być dobrym specjalistą w jakiejś dziedzinie. Do tego wystarczą odpowiednie kompetencje. Wydaje mi się, że nie ma nic złego w wykonywaniu pracy ze średnim entuzjazmem tak długo, jak po pierwsze nam to nie przeszkadza, a po drugie nikomu nie szkodzi. Oczywiście, świat potrzebuje lekarzy-pasjonatów tak samo jak potrzebuje zapalonych informatyków, pisarzy czy muzyków – ich idei, poczucia misji, żądzy zmian. Jednak w rzeczywistości najistotniejsze są zawsze podstawy, a te powinni stanowić wykwalifikowani rzemieślnicy, którzy po prostu znają się na rzeczy i dzień za dniem zwyczajnie “robią swoje”.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyślał sobie teraz: “Ha! Cóż za śmiałość! Jakże to tak? Przecież medycyna to styl życia, jeśli ktoś pozwala sobie na takie odchylenia, z pewnością cierpią na tym jego/ jej kompetencje.” Pomyślmy, dlaczego mielibyśmy wymagać od każdego lekarza pasjonowania się swoją dziedziną, skoro nie wymagamy tego od księgowych, budowniczych, architektów czy prawników? Czy każdy most musi być konstruowany przez wizjonera? Nie wystarczy, żeby był solidny? Nie dajmy się złapać w sidła XXI wieku, w którym nie można już tylko wykonywać swojej pracy, bo trzeba ją kochać i musi sprawiać nam wielką przyjemność. Dlaczego nie można jej po prostu lubić, tolerować? Cała ta pogoń za pasją i presja, żeby każda czynność była nią wypełniona może wyrządzić więcej szkody niż pożytku i prowadzić do frustracji. I po co? Lepiej skupić się na swoich zadaniach i cieszyć się całą szerokością skali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *