E-learning – pułapka na leniwych studentów

Tak, w dobie pandemii, w erze zamknięcia, kiedy wszyscy narzekają na pracę zdalną i e-nauczanie, ja rozkwitam. Okazuje się, że jestem całkiem produktywna, kiedy mam pełną kontrolę nad swoim planem dnia. Zawsze tak było. Powiedziałabym wręcz, że jestem stworzona do nauki/pracy z domu. Na początku miałam z tego powodu wyrzuty sumienia – dałam temu wyraz w poprzednim wpisie “Moment zwątpienia”. Bo jak to tak czuć się jak ryba w wodzie, kiedy nad światem gromadzą się czarne chmury? Ale po kilku tygodniach, kiedy emocje trochę opadły, uświadomiłam sobie, że, gdyby nie koronawirus, nie miałabym szansy przekonać się na własnej skórze, jak wygląda to, co do tej pory uważałam za idealne, acz nieosiągalne życie. Wnioski są jednoznaczne. Jestem domatorką. Uwielbiam moje biurko, moje łóżko, moją matę do ćwiczeń. Lepiej jem i lepiej śpię. Nie stoję w korkach, mam więcej energii dla najbliższych. Cenię sobie dostęp do lodówki, kiedy jestem głodna i do kanapy, kiedy chcę się na chwilę położyć. 

Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu w przypadku pracy i nauki z domu jest pewna kompartmentalizacja. Wstaję i robię to, co jest do zrobienia – jedna rzecz za drugą. Kończy się nauka – zaczyna się praca – kończy się praca – zamykam laptopa i mam czas dla siebie. Moja doba nadal ma 24 godziny, ale od dwóch miesięcy wypełniam ją sobie wedle własnego uznania. Koniec z listą obecności, koniec ze wstawaniem o 6:15 i chodzeniem na seminaria z workami pod oczami. Koniec gorączkowego biegania po schodach o 7:59 w poszukiwaniu sali. Teraz loguję się na Teamsa pięć minut przed zajęciami i spokojnie popijam poranną herbatę, robiąc notatki. Żadna sala dydaktyczna nie dawała mi takiego komfortu. Co więcej, poprawiła się moja koncentracja, a także moje ogólne nastawienie do medycyny. Ale o tym za chwilę.

Wielokrotnie podkreślałam w życiu prywatnym, na blogu i na Instagramie, że jestem zwolenniczką traktowania studentów medycyny jak dorosłych ludzi. Takich dorosłych, którzy mają własne sprawy poza studiami i nie zawsze są w stanie podporządkować uczelni 6 długich lat. Wiadomo, że są pewne granice i studia dla większości z nas są priorytetem, ale czasami przydałaby się większa elastyczność. W końcu nie jesteśmy w szkole podstawowej. E-learning jest namiastką tego, co stałoby się, gdyby dać studentom większą swobodę. E-spotkania z asystentami nie są obowiązkowe. To znaczy, formalnie są, ale nikt nie wyśledzi tego, co ja robię w danym czasie. Mogę w czasie wykładu mieć włączony komputer w jednym pokoju, a siedzieć na balkonie, oglądać serial i malować paznokcie. Jednak tego nie robię. Dlaczego?

Władze uczelni narzucając na studentów restrykcje związane z obecnością prawdopodobnie kierują się dobrem ogółu. Rozumiem ich punkt widzenia, naprawdę. No bo co to będą za lekarze z młodzieży, która nie chodziła na wszystkie zajęcia. Liberalizm obnażyłby długo kamuflowane problemy z jakością kształcenia. Przecież nagle okazałoby się, że połowa sal świeci pustkami. Okazałoby się, że są słabi wykładowcy, na których zajęcia nikt nie chce chodzić i świetni wykładowcy, do których ustawia się kolejka. Pojawiłyby się wątpliwości co do zasadności wprowadzania niektórych treści. 

Z kolei wśród studentów wydrębniłyby się grupy takich, którzy chodzą na większość zajęć, bo im zależy i takich, którzy unikają uczelni jak ognia. Zaznaczę tylko, że to nie jest zero-jedynkowe. Bo samo chodzenie na zajęcia nie świadczy o tym, co jest w głowie. Można chodzić na zajęcia i na nich spać albo pukać bezmyślnie w ekran telefonu. Tylko po co? Czy nie lepiej wyspać się we własnym łóżku? Z drugiej strony to, że ktoś opuszcza zajęcia może być wyrazem tego, że stosunkowo niewiele z nich wynosi. Bo potrzebuje innego rodzaju bodźców do nauki. Potrzebuje książki, a nie slajdów. Albo ma inne naukowe priorytety. Ile razy miałam wrażenie, że tracę czas na zajęciach, zamiast uczyć się czegoś, co jest mi naprawdę potrzebne… I tu kolejny argument, który mogą wysnuć osoby przywiązane do klasycznej formy zajęć. Skąd student wie, co mu jest potrzebne i co jest dla niego ważne? Moja odpowiedź jest prosta. Student nie wie. Student myśli, analizuje i podejmuje decyzje, za które poniesie odpowiedzialność na egzaminie, a co ważniejsze w przyszłości w pracy. Moim zdaniem jest to uczciwa cena za poczucie własnej sprawczości.

Teraz wszystko widać jak na dłoni. W okresie nauczania zdalnego nikt nas, studentów, do niczego nie zmusza. Bez względu na to, czy przerobimy udostępniony nam materiał, czy nie, czy zrobimy to w tydzień czy w miesiąc, egzaminy i tak odbędą się w terminie. Podoba mi się to, że system ten weryfikuje naszą motywację. Czy uczymy się dla wiedzy, czy dla magicznego progu 60%. I na początku pandemii też miałam taką myśl, że świetnie – nic nie trzeba będzie robić, przeklikam prezentacje i relaks do końca roku. Byłam taka zmęczona monotonią życia studenckiego, że na wieść o kwarantannie ucieszyłam się w duchu, jakby ktoś mi podarował przedłużone wakacje. Przyznaję się do tego, bo ta reakcja wydaje mi się całkiem ludzka i po części uzasadniona. Przez pierwsze kilka dni trwałam w takim bezczynnym zawieszeniu. Na początku było wspaniale. Ale potem…  Potem zdałam sobie sprawę, że to prowadzi donikąd, bo ja naprawdę chcę się czegoś nauczyć. Nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło. Jak ucieszyło mnie to, że obudziła się we mnie ta uśpiona ciekawość świata medycznego. Jak miło było chcieć, a nie musieć. 

Oczywiście to nie tak, że e-learning jest bez wad. Nie mamy przecież kontaktu z pacjentami. Ale z drugiej strony, Ci, którzy go łakną zawsze go znajdą w takiej czy innej formie. Obecnie jest możliwość wolontariatu. W przyszłości na pewno powróci możliwość dyżurowania na oddziałach. Czy nie narzekaliśmy, że na to wszystko brakuje nam czasu? Teraz czas jest nasz. Możemy robić z nim co tylko chcemy. Cieszmy się tym i wybierajmy mądrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *