Guilty pleasures – co robię, gdy się nie uczę?

Mam nadzieję, że wszyscy wyrośliśmy już z przeświadczenia, że Instagram jest bezpośrednim odbiciem rzeczywistości. Na swoim koncie i blogu eksponuję głównie tematy związane z nauką i produktywnością. W ten sposób manifestuję to, co dla mnie ważne, starając się jednocześnie wcielać w życie w tę wersję siebie, z której mogę być naprawdę dumna. Ostatnio uświadomiłam sobie, że ta wersja zmieniła się na przestrzeni lat. Już nie jest nastawiona tylko na naukę i pracę bez wytchnienia, lecz nieustannie dąży do osiągnięcia czegoś, co nazywam równowagą dynamiczną.

Co przez to rozumiem? Mniej więcej to, że pracę i naukę staram się godzić z odpoczynkiem i regeneracją. Wysiłek umysłowy z wysiłkiem fizycznym. Czas dla siebie z czasem dla bliskich. Nie robię nic na siłę, ale też nie pobłażam sobie zanadto. Wsłuchuję się w swój organizm- śpię, kiedy jestem śpiąca, jem, kiedy jestem głodna i odpoczywam, kiedy jestem zmęczona. A co robię w ramach odpoczynku? Temu właśnie zamierzam poświęcić ten wpis. Tak dla odmiany, żeby oderwać myśli od ponurych wieści ze świata. Może akurat coś Was zaciekawi.

Są dwie grupy zajęć, które traktuję jako odpoczynek. Pierwsza grupa to zajęcia „produktywne”, rozwijające mnie w jakiś sposób, ale nie należące do moich codziennych obowiązków. Jak się zapewne domyślacie pisanie i prowadzenie Doctora Avocado należy do tego właśnie rodzaju aktywności. Do tego worka wrzucam również jogę, akwarele, naukę języków i czytanie książek non-fiction.

A co z „czystymi” przyjemnościami? Takimi, które nic nie wnoszą, oprócz maksymalnego odprężenia? Do tych trudniej mi się przyznać, bo po pierwsze są trochę dziecinne, a po drugie dość… przeciętne? Niektórzy pasjonują się historią Armenii, zbierają minerały, robią lasy w słoikach, a ja uwielbiam grać w Simsy. Uff, zrzuciłam to z siebie. Naprawdę mnie to wciąga! Nawet nie tyle sama gra, co budowanie domów i tworzenie postaci. Jak mnie najdzie na granie, potrafię spędzić długie godziny, wybierając meble i dopasowując kolory dywanów do pościeli w wymarzonej sypialni. 

Są też pewne filmy, książki i seriale, które wałkuję w kółko od kilku lat. Co jakiś czas po prostu muszę je sobie przypomnieć. Na liście filmów króluje „Harry Potter”, „High School Musical”, „Władca pierścieni”, „Mamma Mia”, „Ania z Zielonego Wzgórza” oraz „Duma i uprzedzenie” w wersji BBC z 1995 roku. Do tego dorzuciłabym jeszcze wszystkie filmy z Audrey Hepburn. Z bajek upodobałam sobie „Małą Syrenkę” i „Piękną i Bestię”, bo Bella i Arielka zawsze były moimi faworytkami wśród disneyowskich księżniczek.

Wśród seriali wygrywa zdecydowanie „Plotkara” (Gossip Girl). Sama fabuła już mnie tak nie porywa, jak wtedy, kiedy oglądałam te odcinki pierwszy raz, ale uwielbiam estetykę tego serialu- aktorów, wnętrza, kreacje, fryzury no i przede wszystkim Nowy Jork. Drugim z moich ulubieńców jest serial „Kochane Kłopoty” (Gilmore Girls). Szczególnie pierwsze odcinki są tak inspirujące i pozytywne, że trudno mi się od nich oderwać. Z kolei do czasów dzieciństwa przenoszą mnie „Odlotowe Agentki”, „H2O wystarczy kropla”, Gumisie, Tabaluga i Kubuś Puchatek. Nowym odkryciem jest „Pingu”- animacja plastelinowa o małym pingwinie i jego przygodach. Absolutnie urocza!

Kolejną przyjemnością, której nie potrafię sobie odmówić jest… jedzenie. Bardzo lubię robić domowe słodkości i dzielić się nimi z najbliższymi. Z radością patrzę, jak zrobione przeze mnie ciasta i ciasteczka znikają w tajemniczych okolicznościach. Z kolei „na słono” prawdziwym przysmakiem, na który rzadko sobie pozwalam, a który niezmiennie kojarzy mi się z domem są krewetki w maśle z czosnkiem i pietruszką podawane z chrupiącą bagietką. Nikt nie robi ich tak dobrze jak moja mama, która w przeciwieństwie do mnie nie oszczędza na składnikach. Podobnie ma się sprawa z tostami, które nigdy nie smakują mi tak, jak wtedy, kiedy zrobi je dla mnie mój brat Kacper. Jego sekret tkwi w żelaznej zasadzie, że sera nigdy za wiele. Oczywiście to wszystko są wyjątkowe momenty i na co dzień staram się nie folgować sobie za bardzo w kwestii diety. Zasada 80/20 dobrze się u mnie sprawdza- minimum 80% posiłków w skali tygodnia jem, trzymając się zasad zdrowego żywienia, ale kiedy raz na jakiś czas na stole pojawią się tosty czy pizza, nie próbuję ich sobie odmawiać.

Takie drobiazgi czynią życie milszym, lżejszym i bardziej radosnym. Mam nadzieję, że potraktujecie ten wpis jako inspirację, powód do uśmiechu (nawet pobłażliwego!), lekarstwo na nudę, ciepły uścisk albo po prostu inną, nie tak poważną odsłonę Doctora Avocado. W tym tygodniu licznik obserwujących pokazał 4,5 tysiąca. Przesyłam pozytywną energię wszystkim nowym i stałym Czytelnikom, cieszę się, że tu jesteście! Trzymajcie się i dbajcie o siebie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *