Jak zdobyć stypendium rektora?

Stypendium rektora dla najlepszych studentów to dla wielu śliski temat. Nie wypada mówić o pieniądzach, dlatego jest owiany tajemnicą i wzbudza skrajne uczucia – od podziwu przez zazdrość do pogardy. Średnio raz w miesiącu znajduję w swojej skrzynce odbiorczej wiadomość od Czytelnika lub Czytelniczki z prośbą o wpis dotyczący tej nagrody. Chcecie wiedzieć, ile wynosi, kto może ją dostać, a co najważniejsze, co trzeba zrobić i jak się uczyć, żeby zwiększyć swoje szanse na jej zdobycie. I nie dziwię się, bo dodatkowy zastrzyk gotówki co miesiąc brzmi kusząco. Dlatego, choć nie czuję się w pełni upoważniona do dawania rad czy wskazówek i polecam zasięgnąć opinii kogoś z administracji uczelni, postanowiłam wreszcie rozprawić się z tym tematem.

Krok 1: Zbieranie informacji

To dość oczywisty punkt. Jeśli interesuje Was program stypendialny na Waszej uczelni, musicie dokładnie wczytać się w regulamin. I to naprawdę dokładnie. Naprawdę, naprawdę. Można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Na przykład, jaki jest termin składania papierów. Albo, że swoje oceny należy potwierdzić w dziekanacie. Albo, że Wasz wniosek zostanie z miejsca odrzucony, bo macie za niską średnią wyjściową (na WUMie punkt odcięcia to 4,0) lub skończyliście wcześniej inne studia. Dlaczego ktoś jest automatycznie dyskwalifikowany za wszechstronne wykształcenie? Nie mam pojęcia. Uważam, że to punkt bezzasadny i niesprawiedliwy, ale przepisy to przepisy.

Zerknijcie też, jak punktowane są dane aktywności. Już tłumaczę, dlaczego to takie ważne. Na WUMie stypendium rektora dla najlepszych studentów można zdobyć za:

  • samą średnią, jeżeli jest wystarczająco wysoka
  • nieco niższą średnią (ale wciąż powyżej 4,0) i dodatkowe osiągnięcia sportowe, artystyczne lub naukowe 

Dodatkowe osiągnięcia to na przykład wygrana w ogólnopolskich zawodach pływackich, przedstawienie pracy na konferencji kardiologicznej, publikacja opisu przypadku w renomowanym czasopiśmie naukowym albo drugie miejsce w międzynarodowym konkursie tanecznym. Wasze zainteresowania wreszcie mają szansę zostać zauważone, zupełnie jak przy rekrutacji do szkoły. Ale uwaga, jest pewien haczyk. Nie wszystkie aktywności są punktowane. Bierny udział w konferencjach, bycie przewodniczącym koła naukowego, udzielanie się w IFMSA czy organizacja wydarzeń na uczelni nie dają dodatkowych punktów. Podkreślam to dlatego, że kiedyś sama się rozczarowałam przy składaniu wniosku. Dużo się udzielałam poza naukowo i myślałam, że będę mogła wpisać swoje osiągnięcia jako swego rodzaju wisienkę na torcie, a tu klops. A co do publikacji – tylko prace opublikowane w czasopiśmie z tzw. listy ministerialnej są nagradzane dodatkowymi punktami. Znaczenie ma również to, ilu jest autorów danej pracy i jaki był Wasz wkład (pierwszy autor otrzyma najwięcej punktów, ostatni najmniej). Te przeliczniki są zbyt skomplikowane, żeby opisywać je tutaj szczegółowo, więc koniecznie to sprawdźcie!

Niestety to jeszcze nie koniec komplikacji. System na WUMie zakłada, że stypendium otrzymuje 10% studentów wszystkich roczników danego kierunku z najwyższą liczbą punktów. Co to oznacza w praktyce? Że średnia niczego nie gwarantuje. Pierwszoroczniak z drużyny pływackiej ze średnią 4,3 może “pokonać” studenta czwartego roku ze średnią 4,5 bez dodatkowych osiągnięć, ale student piątego roku ze średnią 4,2 i pokaźną listą publikacji i wystąpień na konferencjach może mieć więcej punktów niż student drugiego roku ze średnią 4,7. Nie ma określonego progu punktowego – co roku wylicza się go na nowo, więc podczas składania wniosku nie da się przewidzieć, jaka będzie decyzja komisji. Wiele zależy od tego, ile będzie zgłoszeń i jaka będzie konkurencja. Jeden wyjątkowo złośliwy egzamin może wyeliminować prawie cały rocznik, a jeden wyjątkowo łatwy, zawyżyć próg.

Krok 2: Rozsądne zarządzanie czasem

To może zabrzmi głupio z ust kogoś, kto co miesiąc otrzymuje przelewy od uczelni, ale proponuję zastanowić się, czy naprawdę gra jest warta świeczki. Stypendium rektora dla najlepszych studentów wynosi obecnie 650zł miesięcznie. Przez dwa poprzednie lata wynosiło 550zł. Nie jest to oszałamiająca kwota – ani nie da się za to wynająć mieszkania, ani dokonać dużego zakupu. Z drugiej strony, skrzętnie odkładając każdą złotówkę przez 10 miesięcy, pod koniec roku wyjmiecie ze skarbonki 6,5 tysiąca i to już jest coś. Na pewno wystarczy, żeby odciążyć nieco domowy budżet. Jeśli jednak rzeczywiście staracie się o stypendium ze względów finansowych, sugeruję przemyśleć inne opcje. Bo czy warto poświęcać czas na intensywną naukę, by osiągnąć niebotycznie wysoką średnią, która jak już wspomniałam niczego nie gwarantuje, jeśli można przez te 10 miesięcy pracować na pół etatu, choćby w McDonalds i zarabiać 2 razy więcej? 

Pogoń za średnią wiąże się z jeszcze jednym aspektem, o którym mało się mówi. Otóż nie wszystkie przedmioty egzaminacyjne są jakby to powiedzieć… kluczowe. Nie wszystkie są ciekawe, nie wszystkie dają się lubić, ale wszystkie trzeba zdać – lepiej lub gorzej. I teraz przychodzi dylemat – z jednej strony dwója w indeksie znacząco obniża szanse na uzyskanie super średniej, ale z drugiej, jakie to ma znaczenie, czy farmakologię zda się za pierwszym czy za drugim razem? Rozpatrywanie wszystkiego w kategoriach średniej znacząco zaburza perspektywę. Wpada się w pułapkę rodem ze szkoły podstawowej, kiedy czwórka potrafiła wywołać łzy. Wiem, bo sama kiedyś nad czwórką płakałam. 

I jeszcze jedno. Jeśli faktycznie jesteście zdeterminowani, żeby dostać stypendium, bez względu na to, jakie macie powody, musicie zoptymalizować Waszą pracę. Następnym razem, kiedy ktoś będzie chciał, żebyście pomogli w organizacji konferencji, pomyślcie dwa razy. Czy bycie w komitecie organizacyjnym da Wam to, czego potrzebujecie? A może lepiej wykorzystać ten czas na przygotowanie abstraktu i w dniu konferencji stanąć za mównicą, zamiast wykładać ciastka przed przerwą kawową? To okropnie wyrachowane, ale czasami trzeba podejmować takie decyzje, mierząc siły na zamiary. Nie da się przecież robić wszystkiego.

Krok 3: Rzeczywista nauka

No i teraz przychodzi czas na to, co bezpośrednio przełoży się na Wasze punkty, czyli na naukę. Sumienną, uporządkowaną, regularną. Nie ma odpuszczania sobie niepotrzebnych przedmiotów, omijania nudnych rozdziałów. Zgodzicie się chyba, że ryzykownie jest polegać na najcieńszych skryptach, licząc na powtórzone pytania z poprzednich lat lub wiedzę sąsiada z ławki. To tak nie działa. Nie mówię, że nikomu nie udało się dostać piątki po przeczytaniu skryptu czy przerobieniu tak zwanej bazy/giełdy pytań. Ba! Mi się udało i to nie raz. Ale to nie jest reguła. I jeżeli zależy Wam, żeby przy Waszym nazwisku na liście wyników widniała piątka, a nie czwórka, czy czwórka z plusem musicie być przygotowani na wszystko. Nawet jeśli pytania powtarzają się rok w rok, w tym roku mogą się nie powtórzyć i co wtedy? Świat się nie zawali, ale może będziecie żałować, że nie daliście z siebie więcej.

Słowem podsumowania – nauka “pod stypendium” to błąd, który sama popełniłam. Był taki moment, kiedy uczyłam się z klapkami na oczach – byle więcej, byle dłużej, bo zależało mi na tych nieszczęsnych ocenach. Przyznaję, że to nie było zbyt mądre. Żałuję, że pozwoliłam, żeby cały ten stres niepotrzebnie zatruł mi życie. Wierzcie mi, robienie rzeczy tylko po to, żeby dały dodatkowe punkty potrafi odebrać całą radość ze studiowania. Teraz patrzę na stypendium jak na miły dodatek, nagrodę za cały rok pracy, trzymania dyscypliny i pokonywania własnych słabości. Dzięki rodzicom te 650zł miesięcznie jest dla mnie bonusem, który mogę rozdysponować tak jak chcę. Mam ten komfort, że nic ważnego nie zależy od tego, czy w danym roku zakwalifikuję się do 10% najlepszych, czy nie. I za to jestem ogromnie wdzięczna. Wiem, że nie wszyscy mają takie szczęście i nie wszystkim okoliczności sprzyjają. Niemniej jednak co roku czuję dreszcz ekscytacji, kiedy przychodzi moment ogłoszenia wyników. Na to chyba już nic nie poradzę. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *