Kryzys ćwierćwiecza

Kiedy mówię komuś, że studiuję medycynę, reakcja ogranicza się do:

  1. “Wow, podziwiam.”
  2. “Ambitnie, nie chciałoby mi się tyle uczyć.”
  3. “Współczuję. Ciężki kawałek chleba.”
  4. “Dobry fach. Z głodu nie umrzesz.”

Fakt. Po medycynie praca zawsze się znajdzie. Można by pomyśleć, że samo dostanie się na studia ustawia człowieka na resztę życia i zapewnia bezkolizyjny przejazd przez niewygodny okres wczesnej dorosłości. Niestety to nie takie proste, bo w medycynie jak w kinie – wszystko się zdarzyć może. I choć my, studenci, robimy wszystko, by brzmieć i wyglądać tak profesjonalnie i wiarygodnie jak nasi mentorzy, pod naszymi białymi kubraczkami biją młodzieńcze serca dwudziestoparolatków. Niby trochę już dorosłe, ale nadal niepewne. Rozdarte między dwoma światami. 

Pierwszy świat to ten, w którym widzimy najlepszą wersję siebie za 10-15 lat. Nienagannie utrzymany dom, kochająca rodzina, porządny samochód, satysfakcjonująca praca, pokaźne oszczędności, rozsądne inwestycje, ekstrawaganckie wakacje, zdrowy styl życia, doskonała garderoba. Wszystko pod kontrolą. Równowaga, zen. Chcielibyśmy być w tym świecie. Przynajmniej ja już bym chciała, bo będąc Milenialsem niecierpliwość mam w genach. Przecież całe życie słyszałam “przemęczysz się te kilka lat na studiach, a potem to już z górki”. Ziemia obiecana. 

W poradnikach piszą “Fake it till you make it”*, ale coś mi nie pasuje…

To ten drugi świat. Ten osadzony w teraźniejszości. Ten, w którym jesteśmy dorośli i mamy zaraz przyjmować pacjentów, ale codziennie siedzimy w ławkach, ucząc się teorii zamiast praktyki. Ten, w którym podobno sami dysponujemy własnym czasem, lecz nie wolno nam opuszczać żadnych zajęć.** Czerwona lampka zapala się, kiedy znajomi świętują pierwszy awans, a my w najlepszym wypadku zdanie farmakologii. Albo przyjaciele z gimnazjum, którzy nie poszli na studia kupują sportowe Mini prosto z salonu, podczas gdy my snujemy się po Tigerze w poszukiwaniu nowych zeszytów i zakreślaczy. 

To ukłucie zazdrości, kiedy kolejna osoba zaprasza Cię na parapetówkę albo mimochodem wspomina o ostatniej wypłacie nie daje Ci spokoju. Co tu zrobić? Znaleźć pracę? Niezła myśl, ale czy nie odbije się to na nauce, na wynikach? Czy pracodawca dopasuje się do Twojego planu? A co z kołami, dyżurami? To może lepiej postarać się o stypendium? Czemu nie, zastrzyk gotówki co miesiąc nie zaszkodzi. Ale czy pomoże? Za 500zł w Warszawie można wynająć co najwyżej komórkę pod schodami. Żegnaj niezależności finansowa!

A może by tak wreszcie się ustatkować się. Ha! Dobre! I co, rodzinę założyć? Przecież ledwo ogarniamy swoje życie, a co dopiero cudze. Poza tym mamy dopiero 2X lat, po co się tak śpieszyć. Ale zegar tyka – szepczą złe duszki. Kiedy więc będzie na to czas? Dla lekarek podobno na stażu. Ale trzeba się sprężać, bo jak się nie zdąży, to rezydentura sama się nie zrobi. Jest jeszcze jeden haczyk. Nawet jak jest z kim i jest kiedy, to na stażu nie ma za co.  No i znowu wraca kwestia pieniędzy… Może jednak warto pracować na studiach?

Tylko gdzie? Żadna praca nie hańbi, wiadomo, ale czy nie szkoda czasu i energii na zmywak? Fajnie by było nabywać doświadczenie przydatne w kontekście przyszłej pracy lekarza, wykorzystywać posiadane umiejętności. Zaraz, jakie umiejętności? Przecież ja nic konkretnego nie potrafię. Szkoła mnie nie nauczyła niczego, co wykraczałoby poza podstawę programową. Szanowny Pracodawco, potrzebujecie kogoś do bilansowania redoksów? W tym akurat zawsze byłam dobra.

No przecież! Skoro tak świetnie mi to szło, może nauczę paru licealistów jeszcze przed maturą? Korepetycje to doskonale rozwiązanie, jeśli chce się zarobić kilka stówek miesięcznie. Ale, ale… Czy na pewno jestem gotowa, by wziąć na siebie odpowiedzialność na czyjąś maturę? Za czyjeś marzenia? Czy merytorycznie jestem wystarczająco przygotowana? Nie sądzę. Sama bym sobie nie zaufała.

Ale jak zaraz czegoś nie wymyślę, to mnie rozniesie! Ile można studiować. Niby ciągle coś nowego, a przecież ciągle to samo. W kółko egzaminy, kolokwia. A ja już bym chciała robić coś sensownego. Przydać się na coś. Być wartościowym członkiem jakiegoś zespołu. Elementem większej układanki.

Chciałabym już leczyć małych ludzi, lecz nadal nie potrafię. Jeździć po świecie też bym chciała. I tańczyć. I nauczyć się czterech języków. Studiować drugi kierunek. Tak dużo przede mną, a tak mało czasu. W XXI wieku cierpimy na ból głowy od nadmiaru możliwości oraz przewlekły stres związany z podejmowaniem “życiowych” decyzji co dwa tygodnie. Zewsząd słyszę, że mój los jest w moich rękach. Że chcieć to móc i że życie jest krótkie, więc nie wolno go marnować na błahostki. Tylko jak coś wybrać, żeby nie żałować? Co jest błahe, a co przyszłościowe? 

Witamy u progu ćwierćwiecza.

* „Udawaj, aż stanie się to prawdą”

**Z pewnymi wyjątkami- czasami można mieć nieobecność, jeśli tylko odpowiednio wcześnie dostarczy się odpowiednie papiery odpowiedniej osobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *