Miasto kolorów – Barcelona 2018

Na początek ważna wiadomość. Dziś mija miesiąc, odkąd Doctor Avocado ujrzał światło dzienne i od tamtej pory niezmiennie uśmiech nie znika mi z twarzy. To wyśmienita okazja, żeby odpowiedzieć na pytanie, które choć nie zostało przez nikogo zadane, być może przeszło przez myśl śledzącym moje blogowe poczynania. Mianowicie, co było najgorsze w procesie tworzenia tej strony? 

 W czołówce na pewno znajdzie się konfiguracja WordPressa od strony informatycznej oraz świadomość, że z każdym publikowanym tekstem wystawiam się na krytykę innych. Ale to nie WordPress spędzał mi sen z powiek, lecz jeden pozornie nieistotny, a jakże kluczowy dla zachowania estetyki aspekt – odcień zieleni w grafice. Głupota, szczegół, drobnostka, wyimaginowany problem, a jednak do samego końca nie dawał mi spokoju. Otóż lubię zieleń trawy w ogrodzie, zieleń liści na drzewach i zieleninę na talerzu, ale zielonych ornamentów, przedmiotów i ubrań nie cierpię. I choć uwielbiam awokado i z pełną świadomością uczyniłam je sercem mojej owocowej koncepcji, nie mogłam pozwolić, by żółtozielony kolor miąższu zdominował cały design. Co innego, gdyby był miętowy. Z miętowym mogłabym żyć. Albo błękitny. Jeśli w przyszłości pojawi się modyfikowane genetycznie niebieskie awokado, z pewnością wyląduje w moim koszyku. Na szczęście projektantka grafiki wzięła pod uwagę moje obawy i obecnie ilość zielonego na stronie mieści się w limicie mojej tolerancji. Mogę spać spokojnie.

Po tym skromnym wstępie do mojej filozofii kolorów dochodzimy wreszcie do istoty tego artykułu. Zaraz, co to miało być… Ach, Barcelona! Mój wewnętrzny kolorymetr oszalał już pierwszego dnia po przyjeździe. Jeśli spodziewacie się typowego wpisu podróżniczego z cyklu: byłam, zwiedziłam, to muszę Was rozczarować. Internet pęka w szwach od takich rzeczowych opisów i na pewno z łatwością do nich dotrzecie, podobnie jak ja, gdy planowałam tę wycieczkę. Swoje wrażenia zdecydowałam się przedstawić jako bogatą paletę barw, bo jeśli wierzyć temu, co głosił ojciec abstrakcjonizmu, Wassily Kandinsky, to właśnie kolor jest siłą bezpośrednio oddziałującą na nasze dusze.

Lazurowe było oczywiście niebo od rana do wieczora bez jednej chmurki. Nieco ciemniejsza, bo po prostu niebieska, była woda, której czystości i temperatury niestety nie miałam odwagi sprawdzić. Pokój, w którym spałyśmy urządzono w bieli i lapis-lazuli, ewidentnie inspirując się greckimi miasteczkami. Nawet miska była dobrana pod kolor! Truskawki, arbuzy, gigantyczne papryki i witraże w Sagradzie Familii zachwycały nasyceniem odcieni czerwieni. W mieście na każdym kroku zachęcały energetyzujące żółtopomarańczowe smoothies z mango i złociste patatas bravas, którym naprawdę trudno mi było się oprzeć. Cała architektura jest utrzymywana w tonacji piaskowej, ciepłej, wręcz plażowej. Począwszy od Casa Mila, przez pustynne aleje w parkach, skończywszy na niezliczonych ulicznych piekarniach, w których królowały czekoladowe croissanty z chrupiącą brązowawą skórką i wszelkie inne słodkie wariacje na temat ciasta francuskiego. A skoro jesteśmy przy brązach, to należy oddać honor przepysznej kawie, panierowanym owocom morza i paelli, choć zawsze mi się wydawało, że ryż powinien być w niej żółty… Z krainy brązów pniemy się na szczyt wszechobecnych palm i dochodzimy do soczystej, ciemnej zieleni tak urzekającej po długiej polskiej zimie. Nigdy nie ciągnęło mnie do botaniki, ale hiszpańska roślinność była dla mnie równie ekscytująca, a czasem nawet bardziej niż zabytki. Czy to nie jest niesamowite, iść ulicą i mijać mini-gaje pomarańczowe albo drzewa butelkowe? W Warszawie mamy tylko jedną smutną palmę na środku ronda…

Na koniec zostawiłam dwóch mistrzów formy i koloru, z których twórczością zaprzyjaźniłam się nieco w czasie tego pobytu. Nietrudno zgadnąć, że pierwszym z nich jest Gaudi, który otworzył przede mną baśniowy świat domków z piernika obficie zdobionych tęczowymi mozaikami szkiełek i ceramiki. A drugim? Zupełnie niespodziewanie Picasso, którego do tej pory kojarzyłam jedynie z niezbyt lubianym przeze mnie kubizmem. Dopiero w barcelońskim muzeum odkryłam jego obrazy z wcześniejszego okresu, tzw. błękitnego – pozbawione geometryzacji, ciężkie od emocji, wilgotne od łez, niepokojące, melancholijne. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie i uświadomiły, jak wiele braków w dziedzinie historii sztuki błagalnym tonem prosi o uzupełnienie.

Uff, dotarliśmy już do końca tej kalejdoskopowej opowieści. Musicie wiedzieć, że choć uczę się hiszpańskiego od liceum, nigdy wcześniej nie byłam w Hiszpanii. To zawsze było moim marzeniem, a teraz Barcelona zachęciła mnie jeszcze bardziej do dalszej eksploracji tego słonecznego kraju. Jest radosna, wyluzowana, pełna energii i zaraziła mnie swoim optymizmem. Legenda głosi, że kiedyś wreszcie Sagrada Familia przestanie być jednym wielkim placem budowy. Kiedy to nastąpi, chętnie tam wrócę, przede wszystkim, by zobaczyć jej złotą fasadę w pełnej okazałości w blasku zachodzącego słońca. Póki co, zawieszam karierę przewodnika. Aż do następnej  wyprawy!

PS: Kto wie, co to za dziwadełko? Propozycje zamieszczajcie w komentarzach!

One thought on “Miasto kolorów – Barcelona 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *