Z prądem czy pod prąd?

Jedną z największych zalet studiowania na WUMie jest to, że tu cały czas coś się dzieje. Zbiórki, akcje, konferencje, spotkania kół, warsztaty, seminaria, eventy, wyjazdy, w tygodniu i w weekend, trwające godzinę, popołudnie lub cały dzień. Do tej pory uczestniczyłam jedynie w kilku takich wydarzeniach i wciąż mam wyrzuty sumienia, że za mało się udzielam i powinnam lepiej wykorzystywać możliwości, jakie oferuje mi uczelnia. Nie bez powodu mówi się, że studiowanie to złożony proces i wiedza zdobyta w nietypowy sposób często zostaje z nami na dłużej niż ta wyuczona z książki. Problem w tym, że gdy po tygodniach zajęć, które polegają na siedzeniu i słuchaniu prezentacji, mam poświęcić cały weekend na siedzenie i słuchanie kolejnych prezentacji, to mi się odechciewa. Zwyczajnie czuję przesyt. A o tym, jak Power Point potrafi zmienić nawet najbardziej ekscytujące zagadnienie we flaki z olejem, z pewnością napiszę oddzielny post.

Tym razem było inaczej. Ciekawość wykiełkowała we mnie, gdy tylko zobaczyłam, że znajoma z równoległej grupy zamieściła na Facebooku informację o warsztatach “Modnie być sobą”, w czasie których zaproszeni goście opowiedzą, jak dzięki pasji zaczęli poznawać samych siebie. Niektórym wydawać by się mogło, że skończy się na bezsensownym pitu pitu, pogadance o życiu czy typowym niby motywującym  bełkocie. I może faktycznie, momentami czuć było taki klimat, ale wciąż tematyka była bliska mojemu sercu, mało medyczna i jeszcze do tego jedna z moich ulubionych postaci w polskiej blogosferze była na liście przemawiających. Nie mogłam przepuścić takiej okazji.

Jak było? Na początku trochę niezręcznie, bo poruszano kwestie seksualności i mało kto na sali miał ochotę się uzewnętrzniać. Zrobiło się bardziej dynamicznie, gdy na środek wyszła pełna energii, uśmiechnięta Michalina i opowiedziała, jak urodził się jej w głowie pomysł zostania mentorką, najpierw w korporacji, później w ramach własnej działalności (więcej możecie dowiedzieć się tutaj). Gdy wspomniała o protekcjonalnym traktowaniu i podważaniu kompetencji przez niektórych starszych stażem dyrektorów i kierowników, z którymi współpracowała, pomyślałam, że właściwie szpital to też takie małe zhierarchizowane korpo. Tak czy inaczej, wystąpienie Michaliny było dla mnie niesamowicie inspirujące i słuchałam jak zaczarowana, co może być związane z tym, że w alternatywnej rzeczywistości, w której nie poszłabym na medycynę, prawdopodobnie spróbowałabym swoich sił w tej branży. Kto wie, może nie wszystko jeszcze stracone…

Po przerwie ciasteczkowej, czyli moim ulubionym punkcie w agendzie każdego tego typu wydarzenia, przyszedł czas na najbardziej wyczekiwaną przeze mnie prezentację. Blog Little Hungry Lady był pierwszym, na który zaczęłam regularnie zaglądać i od ponad roku skrycie podziwiam jego autorkę. Jej styl jest taki szczery i bezpośredni, a co więcej dania robione według przepisów, które zamieszcza (wegetariańskie – zainteresowanych odsyłam tutaj) naprawdę mi wychodzą, co trzeba uznać za sukces, bo żaden ze mnie kulinarny Maestro. Wpisy zawsze potrafią mnie czymś zaskoczyć, są lekkie i merytoryczne jednocześnie. Szybko poczyniłam niesłuszne założenie, że autorka podobnie jak ja urodziła się w latach 90-tych. Możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy na środek sali wyszła dojrzała kobieta, a nie dziewczyna.

Miałam przed sobą osobę z dużym bagażem życiowych doświadczeń, która chciała przekazać wszystkim obecnym jedną podstawową wiadomość. Żebyśmy zapomnieli o słowie “muszę” póki nie jest jeszcze za późno i możemy jeszcze wpłynąć na schematy, według których myślimy i działamy. Żebyśmy pod żadnym pozorem nie dali sobie wejść na głowę i pozostali niewzruszeni, gdy ktoś, z reguły nam bliski, co czyni sprawę jeszcze trudniejszą, zaczyna mówić, co nam wolno, a czego nie. I chociaż nie do końca się z tym zgadzam, bo uważam, że zmorą tak zwanego “pokolenia Z” jest brak wiary w jakiekolwiek autorytety i lekceważący stosunek do wszystkiego i wszystkich, to w pewnym momencie poczułam, jak wilgotnieją mi oczy i już po chwili ukradkiem wycierałam łzę rąbkiem szalika. Historia Pani Moniki bardzo mnie poruszyła i tym samym kolejne moje założenie okazało się błędne, bo nigdy bym nie podejrzewała, że za kolorowymi koktajlami i smakowitymi owsiankami mogą kryć się chwile paraliżu, bezsilności, niemocy, osobiste dramaty i przegrane bitwy. Cóż, Internet znów spłatał mi figla.

Opuściłam salę z większą pokorą i powagą niż bym się mogła spodziewać. Bogatsza o nowe historie, nowe perspektywy i… książkę. Komputer mnie wylosował i dostałam podręcznik do interpretacji EKG na poziomie podstawowym wydawnictwa PZWL. Wygląda na dość przystępnie napisany, więc w czasie bliżej nieokreślonym zamierzam przeczytać go od deski do deski. Może nawet pokuszę się o małą recenzję. Teraz jednak farmakologia domaga się mojej uwagi, a ja nie byłabym sobą, gdybym ją zignorowała! ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *