Moje porażki na medycynie

W codziennych kontaktach międzyludzkich istnieje niepisana zasada – jeśli nie masz niczego pozytywnego do powiedzenia, to nie mów nic. Oczywiście nie mam teraz na myśli poważnych, głębokich rozmów z przyjaciółmi, tylko takie zwykłe pogawędki – na przerwie, w autobusie. Podobnie w Internecie. Mówimy i piszemy o tym, co nas motywuje i napędza, by inspirować innych. Bo kto chce słuchać cudzego narzekania? Komu to potrzebne? Nawet w Smerfach nikt nie lubił Marudy. Dzisiaj łamię tę zasadę. Przed Wami, drodzy Czytelnicy, nieociosana, surowa refleksja, bo porażki to rzecz ludzka i nie zawsze możemy być z siebie dumni.

Moje porażki rzadko są widoczne na pierwszy rzut oka. Po pierwsze dlatego, że się nimi nie chwalę, po drugie dlatego, że w większości są niewymierne, bo dzieją się w mojej głowie. Na zewnątrz wszystko jest w porządku- zawsze zdaję w pierwszym terminie, oceny mam od czwórki wzwyż (z jednym wyjątkiem, do którego dojdziemy), dostaję stypendium, itd. A i tak często kłębią się we mnie wyrzuty sumienia doprawione szczyptą żalu do samej siebie. Dlaczego?

Bo jestem tylko człowiekiem, a chciałabym być Superwoman. Poprzeczkę stawiam sobie wysoko i czasami do niej nie doskakuję. Weźmy na przykład anatomię. W indeksie niby 3,5, więc żadna porażka. Super, zdane, ocena pozytywna. Tak? Nie. Problem polega na tym, że ja tej anatomii nie umiałam i nie umiem aż po dzień dzisiejszy. W ogóle nie potrafiłam zrozumieć istoty tego przedmiotu. Zamiast wykształcić w sobie ogólny pogląd na ciało człowieka, uczyłam się szczegółów i wkuwałam listy struktur, których nazwy nic mi nie mówiły. Chciałam tylko zdać wejściówkę, żeby zdać kolokwium i potem egzamin. Nie obchodziło mnie, jakie znaczenie może mieć ta dziedzina na późniejszych etapach studiów. W ogóle mało co mnie obchodziło na pierwszym roku. To była walka o przetrwanie. Ale teraz moja niewiedza pokutuje, szczególnie na chirurgii.

Och, chirurgia. Kolejna porażka. Jestem teraz na piątym roku i o chirurgii ogólnej nie mam pojęcia. Mój stan wiedzy jest dokładnie taki sam jaki był, kiedy wypełzałam z brzucha mamy 22 lata temu. Kilka tygodni zajęć z chirurgii nie nauczyło mnie niczego, absolutnie niczego, a i ja sama nie wykazałam najmniejszej inicjatywy, żeby się czegoś dowiedzieć. O, ironio, a tak uwielbiałam seriale o chirurgach… Chirurgia ogólna to jedno. Mogę sobie wytłumaczyć, że potrzebna mi będzie w przyszłości jedynie podstawowa wiedza w tej dziedzinie i jeszcze zdążę się jej nauczyć przed egzaminem na szóstym roku. Co innego chirurgia dziecięca, bo na niej będę musiała się co nieco znać, pracując jako pediatra. Nie wiem, dlaczego nie przyszło mi to do głowy, kiedy mieliśmy tygodniowy blok z tego przedmiotu. Kończył się on ustnym zaliczeniem u asystenta. Pomyślałam sobie – luzik, na pewno coś powiem, przecież zwykle słuchałam na seminariach. Nie przyłożyłam się do przygotowań, a wylosowałam pytanie o przepuklinę przeponową. I nagle uświadomiłam sobie, że nie wiem na ten temat nic konkretnego. Wiem, że jest taka wada, że narządy jamy brzusznej wchodzą do klatki piersiowej i przez to płuca nie rozwijają się prawidłowo, więc trzeba operować. Koniec. A jakie jest rokowanie? Jak wygląda opieka pooperacyjna? Z jakiego materiału są wykonane łaty, które wszywa się w przeponę? Na te pytania odpowiadałam ciszą. Nigdy, przenigdy nie najadłam się wstydu na zaliczeniu tak jak wtedy. Miałam ochotę przepraszać moją asystentkę, że tak zlekceważyłam przedmiot, którego naucza. Jak wróciłam do domu, usiadłam do chirurgii dziecięcej na cały następny tydzień i przerobiłam pół podręcznika. Drugie pół przeczytałam w wakacje. Braki zostały uzupełnione.

Niestety mój stosunek do niektórych zajęć na uczelni nadal pozostawia wiele do życzenia. Bywa, że się spóźniam, momentami zasypiam na siedząco, myślę o niebieskich migdałach albo w ogóle zajmuję się czymś innym. Nie zawsze jestem w stu procentach zaangażowana w to, co robimy na ćwiczeniach i zdarza się, że wolałabym zostać w domu i nauczyć się na kolokwium z książek. Niektóre seminaria są tak męczące i ciężkostrawne, że naprawdę więcej bym wyniosła z reszty dnia, gdybym je odpuściła i porządnie się wyspała. Ale nie mam wyboru, muszę mieć obecność. A listę prowadzący potrafią sprawdzać 3-4 razy dziennie. Nie ma zmiłuj.

Generalnie moje zaangażowanie w życie uczelni mogłoby być większe. Podejmowałam mnóstwo prób “wkręcenia się” w różne stowarzyszenia z marnym skutkiem. Chodziłam na akcje IFMSA, leczyłam pluszowe misie, organizowałam warsztaty i wydarzenia, koordynowałam Tramwaj Zwany Pożądaniem, ale koniec końców nawet nie wykorzystałam tych punktów, które dostałam i nie pojechałam na żadną wymianę ani praktyki. Tak samo z pracą w kołach. Zgłaszam się do różnych rzeczy i potem zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby dokładać sobie roboty, z której nie mam korzyści. Zamiast robić prace naukowe, za które dostaje się punkty na koniec studiów i które można zaprezentować na konferencjach, ja owe konferencje organizuję, żeby dołożyć kolejną cegiełkę do mojego nieistniejącego CV, łudząc się, że będzie warto. Wciąż uczę się, jak mądrze wybierać aktywności, ale szczerze mówiąc idzie mi to kiepsko i nadal czuję, że kręcę się w kółko.

Skoro już mowa o dodatkowych aktywnościach, utrzymywanie równowagi między życiem prywatnym a życiem uczelnianym i jeszcze życiem online jako Doctor Avocado nie jest łatwe. Wydaje mi się, że jest nieźle, a potem nagle czas wymyka się spod kontroli i pod koniec tygodnia muszę skonfrontować się ze stertą prasowania, pustą lodówką, brudnym zlewem, zaległymi mailami i projektami, które od wieków przekładam “na następny weekend”. A jeszcze wypadałoby się z kimś spotkać lub chociaż zadzwonić, napisać… Takie to studia – niepospolite, lecz nienadzwyczajne. Niezbyt błyszczące, prozą pisane. Są góry i są doliny. Są równiny i rowy oceaniczne. Najważniejsze, żeby utrzymywać się na powierzchni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *