Moment zwątpienia

Pamiętam jak w lutym rezerwowałam bilety lotnicze do Porto na majówkę. To miał być nasz wyjazd – mój i mojej mamy. Mamy taką małą tradycję – wyjeżdżamy na parę dni tylko ona i ja, dwie dziewczyny, a raczej kobiety. Śledziłam to, co się dzieje w Chinach, ale co ma inwazja wirusa na drugim końcu świata do naszego długiego weekendu? Nawet jeśli coś by się działo, to gdzie luty, a gdzie maj? Machnęłam ręką i zabrałam się za szukanie lokum na AirBnb. I wtedy wszystko wybuchło. Wirus z Wuhan sparaliżował Europę.

Pewnie niektórzy przewidywali ten scenariusz, ja jednak do końca pozostawałam sceptyczna. Widząc, jak media rozdmuchują sytuację w nagłówkach, ze spokojem przytaczałam bliskim statystyki rocznej zapadalności i śmiertelności na grypę. Nie chciałam, żeby mój świat zwariował na punkcie koronawirusa. Nie do końca wierzyłam w te czarne wizje zamkniętych sklepów, szkół i trwającej wiele miesięcy pracy zdalnej. Jeszcze w poniedziałek 9.03. cieszyłam się, że znów mam zajęcia w szpitalu pediatrycznym. Jeszcze we wtorek 10.03., zakichana i pociągająca nosem prosiłam asystentkę o maseczkę, żebym mogła pójść do pacjentów. I już we wtorek asystentka powiedziała, że maseczki trzymają pod kluczem i nie dają studentom. Zastanawiałam się, jak u licha przez dwa tygodnie będę badać dzieciaki bez żadnej osłony. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam – we wtorek wieczorem zajęcia na mojej uczelni zostały odwołane. 

To był dla mnie szok. Zajęcia na WUMie to świętość. Klasyczne seminaria od 8 rano, a potem ćwiczenia w grupach klinicznych. Nie funkcjonuje coś takiego jak zwolnienie z zajęć. Kolokwia potrafią odbywać się w soboty albo dzień przed Świętami. Spodziewałam się, że nawet jeśli wirus by się w Polsce pojawił, to bylibyśmy ostatnią instytucją, która zawiesi działanie. A byliśmy jedną z pierwszych. Najpierw zajęcia odwołano do końca marca, potem okres e-learningu przedłużono do końca kwietnia. Co będzie dalej? Nie wiemy. Co z praktykami, co z egzaminami? Jak nadrobimy ćwiczenia? Tego też nie wiemy. Wszystko zależy od sytuacji epidemiologicznej. Nawet jeżeli społeczeństwo powoli będzie uwalniało się od obostrzeń, to przecież szpitale nadal będą pierwszą linią frontu walki z wirusem. Czy z dnia na dzień kilkaset studentów wejdzie w ten wir? 

Niepewność wzmaga niepokój. Niepokój zamienia się w stres. I jeszcze do tego w momencie największego zamieszania wypłynęła ze strony władz propozycja wolontariatu. Jak zwykle powoływano się na etykę lekarską, moralność i obowiązek. Na boskie powołanie. Wiele się mówi, że koronawirus jest testem. Z oczywistych względów jest testem dla naszego państwa i jego podsystemów, w szczególności systemu ochrony zdrowia. Tego testu nie zaliczyliśmy. Nie mogło być inaczej, skoro odpadliśmy w przedbiegach. Pamiętacie, jak rząd zainicjował społeczną nagonkę na protestujących rezydentów i innych lekarzy walczących o zwiększenie nakładów finansowych na ochronę zdrowia? Pamiętacie, jak krzyczeli „Niech jadą!”? Teraz można tylko płakać lub ewentualnie bić brawo.

Testowani są też doświadczeni specjaliści, bo to głównie oni obecnie przyjmują pacjentów w szpitalach, zakładają ochronne kombinezony i głowią się nad optymalnym rozdysponowaniem środków ochrony osobistej. Głęboko wierzę, że oni sobie z tym testem poradzą. Zawsze sobie radzą, bo to ludzie o otwartych głowach i zdrowym rozsądku. Mają wiedzę, z której czerpią, poza tym niejedno już widzieli. Są niezłomni, choć rzecz jasna nie niezniszczalni. Trzymam za nich kciuki z całego serca.

Martwię się, bo testowani jesteśmy i my – studenci ostatnich lat kierunków medycznych oraz stażyści. I chyba każdy z nas w ostatnich tygodniach zadał sobie pytanie – czy my sobie poradzimy? Mało kto idzie na studia ze świadomością tego, że w pewnym momencie przyjdzie mu wybierać między swoim zdrowiem a życiem pacjenta, między zdrowiem bliskich, a zdrowiem obcych ludzi. A przecież w sytuacji pandemii właśnie takie decyzje trzeba podejmować. Istnieje cienka granica między odwagą a głupotą. Czym jest podejście do potencjalnie zakażonego pacjenta bez rękawiczek? Bohaterstwem czy brawurą? 

Wreszcie, jakim człowiekiem jestem, jeśli na piątym, przedostatnim roku studiów nadal kieruję się instynktem samozachowawczym i zamiast podpisać niejasną prawnie umowę o wolontariat i biec do szpitala, siedzę przy biurku, spokojnie przerabiając obowiązujący materiał w ramach wirtualnych zajęć? Jakie będą konsekwencje decyzji o pozostaniu w domu? Czy jako studentce medycyny wolno mi kalkulować ryzyko na chłodno? Czy to czerwona lampka- sygnał alarmowy, że nie jestem gotowa na bycie lekarzem? A może w ogóle nie jestem godna tej pracy, skoro świadomie wybieram oczekiwanie w rezerwach? Boję się, że jeśli założymy, że kryzys obnaża naszą prawdziwą naturę, to moja nie okazała się wystarczająco altruistyczna. Boję się, że nie zaliczyłam testu. Testu na bycie dobrym lekarzem, testu na poświęcenie. Testu na pomaganie innym i bycie możliwie najlepszym człowiekiem. A z drugiej strony co zmieni moja obecność na oddziale bez prawa wykonywania zawodu? Czy nie szkoda marnować maseczki na udawanie doktora?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *