Przestałem lubić przeziębienie

Bolące gardło? Jest. Katar? Jest. Kaszel? Jest. Podwyższona temperatura? Jackpot. No nareszcie, przeziębienie!!! Nie trzeba iść do szkoły. Można leżeć przez cały dzień i grać na PlayStation, pić herbatkę, a wszystkie notatki spisać od kolegów i koleżanek. Dodatkowe punkty za ominięcie klasówki. Żyć nie umierać… chorować!

Takie właśnie było moje podejście do lekkich chorób przez cały cykl edukacji. Sprawa diametralnie się zmieniła, kiedy tylko wyprowadziłem się z rodzinnego domu. Pamiętam dobrze swój pierwszy „samotny” raz. Pewnego listopadowego dnia wybrałem się na zajęcia i już od rana pociągałem nosem. Po kilku godzinach wracałem z podwyższoną temperaturą. Nie marzyłem o niczym innym niż ciepłym łóżeczku. W akademikowym pokoju naszła mnie jeszcze refleksja, że powinienem wziąć leki. Okazało się, że moja apteczka była wybrakowana. Nie miałem siły, żeby pójść do apteki, a do tego zaczynałem być głodny. Postanowiłem, że tym razem jeszcze nie stawię tej sytuacji czoła. Wykorzystałem koło ratunkowe w postaci telefonu do rodziców.

Od tego momentu, a szczególnie od wyjazdu do Londynu, zacząłem sobie trochę babciować. Oczywiście nigdy nie buntowałem się przeciwko niesprzyjającym warunkom pogodowym, ale stałem się dużo bardziej ostrożny. Zacząłem ubierać się cieplej niż zwykle, brać witaminy i śledzić doniesienia o sezonowych epidemiach. Każdą przeziębieniową wpadkę, kiedy środki prewencyjne okazywały się niewystarczające, odczuwałem coraz bardziej boleśnie.

Szczególnie uprzykrzający życie był ostatni raz, kiedy mnie przewiało. Zachęcony słonecznym porankiem, wybrałem się na cały dzień załatwiania spraw w centrum w samej koszuli. Po kilku godzinach zrobiło się chłodno i wietrznie, a ja nadal dzielnie maszerowałem w swoim letnim stroju. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Znokautowałem się na cały tydzień. Problem w tym, że pewnych rzeczy przełożyć nie mogłem. Chociaż faszerowałem się maksymalną ilością leków, to i tak czułem się fatalnie i nie mogłem rzetelnie wywiązywać się ze swoich obowiązków. Umykały mi okazje towarzyskie. Najtrudniejsze było ogarnięcie się w mieszkaniu. Pranie, sprzątanie i gotowanie to ostatnie rzeczy, jakie byłem w stanie robić, a mimo to, musiałem stanąć na wysokości zadania. Momenty, które spędzałem w łóżku nie upływały mi przy wirtualnej rozrywce, czy ulubionych serialach. Zamykałem oczy i wołałem w duchu, żeby to okropne uczucie odeszło.

Moment, w którym dopadło mnie to irytujące choróbsko, był w kontekście całego roku w miarę luźny. Wyobraziłem sobie jednak sytuację, gdy coś takiego zwaliło mnie z nóg w połowie kręcenia filmu. Nie miałbym możliwości wzięcia urlopu, przeleżenia tego stanu. Jednocześnie na planie nie dawałbym z siebie wszystkiego i mógłbym błędnymi decyzjami zaprzepaścić miesiące skrupulatnych przygotowań całej ekipy. Przeziębienie to jakaś zła karma, okrutna i niezawiniona tortura.

I znów myślami wracam do tej podstawówkowej czy gimnazjalnej, a nawet licealnej laby fundowanej przez przeziębienie. Uświadamiam sobie teraz jak beztroskie musiało być to życie, w którym gorączka, katar i kaszel były ekscytującą zmianą terminarza i wymówką dla kilku dni wypełnionych hedonistycznymi przyjemnościami. Oczywiście nie wykluczało to uczucia osłabienia, ale ono angażowało wszystkich domowników do pomocy, przygotowania odpowiednich leków i jedzenia. I właśnie w takim momencie człowiek rozumie o co chodziło tym dorosłym, gdy mówili, że chcą wrócić do szkolnych czasów („Ale jak to? I pisać te wszystkie głupie klasówki!?”).

Zapamiętajcie ten ostatni raz, kiedy ucieszyliście się z przeziębienia.


Dajcie mi znać w komentarzach czy Wy też zauważyliście, że dorosła perspektywa zmienia postrzeganie niektórych rzeczy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *