O smoku, Wieży Eiffla i lodach waniliowych

Berthillon to chyba najsłynniejsza lodziarnia w Paryżu. Ukryta w samym sercu wyspy Saint-Louis nieopodal Notre-Dame. Mówi się, że jej lokalizację zdradza ciągnąca się przed wejściem kolejka i zachwyt w oczach przechadzających się z rożkami turystów. Każdy chce spróbować przynajmniej jednej elegancko małej gałki niebiańsko kremowych lodów rzemieślniczych. Klamka zapadła już na Pont de la Tournelle. Nie zdecyduję się na eksperyment i wybiorę wanilię. Właściwie zawsze wybieram wanilię, bo to słodka klasyka w kolorze ecru. Zupełnie jak Paryż. Tak, Paryż jest waniliowy.

Tym razem nie było kolejki. A same lody, cóż, nie tak aksamitne, jak się spodziewałam. Na sposób podobne do miąższu gruszki, który rozcierany o podniebienie ujawnia swoją grudkowatą konsystencję. I znów nasuwa się analogia. Paryż też ma swoje grudki. Kiedyś to byli tylko wszechobecni podpierający ściany zbieracze drobnych i kieszonkowcy czyhający przy Wieży Eiffla na moment nieuwagi zajętych robieniem sobie zdjęć turystów. Teraz wojsko spaceruje po Ogrodach Luksemburskich, a ruch przy ikonicznej stalowej konstrukcji paraliżuje alarm o zagrożeniu terrorystycznym. W jednej chwili zakochani spoglądający ze szczytu na świetlistą panoramę miasta zostają tam uwięzieni jak baśniowe królewny.

Problem polega na tym, że nie ma w naszych czasach rycerzy, którzy mogliby przybyć z pomocą. Nie wiedzą, z czym mają walczyć, bo tym razem smok ma wiele twarzy. Czasem nosi plecak, a czasem grubą kurtkę. Jeździ metrem i chodzi na koncerty. Zieje ogniem niespodziewanie, wydając z siebie charakterystyczny, zatrważający krzyk, bo już wie, że działając w ten sposób, sieje większy postrach niż kiedykolwiek wcześniej. A potem dumny z siebie ogłasza sukces w mediach społecznościowych. Chce, żeby o nim mówiono i lubi być w centrum uwagi. Wbrew pozorom, robiąc to najbardziej szkodzi tym, którzy winni są jedynie posiadania podobnej fizjonomii. Ci od jakiegoś czasu są w Europie niemile widziani. Niektórzy koczują na Gare du Nord za cały swój dobytek mając jedynie rozpadający się materac i worek rzeczy znalezionych w okolicznych koszach na śmieci. Szczęściarzem jest ten, komu trafi się para butów z odklejoną podeszwą lub dziurą na palcu. Inni, mając zapewne w pamięci, że człowiek to istota stadna, stworzyli sobie prowizoryczną osadę wzdłuż jednej z głównych dróg wyjazdowych z Paryża.

Równolegle do ulicy znajduje się ciągnący się na kilkaset metrów szereg domów, które w rzeczywistości są jedynie opierającymi się o siebie spróchniałymi drzwiami, kawałkami sklejki i kartonu tworzącymi iluzję ścian ograniczających powierzchnię o połowę mniejszą niż przymierzalnia dla niepełnosprawnych w wielu popularnych sieciówkach. Widok ten na długo utkwił mi w pamięci. Jak każdemu, kto jadąc autokarem na lotnisko w Beauvais, wyglądał przez szybę, błądząc wzrokiem po fasadach paryskich kamienic, chcąc jeszcze o kilka chwil przedłużyć wizualną rozkosz, jaką daje pełna harmonia architektoniczna. W takich momentach nie jest niczym dziwnym, że gdzieś w tyle głowy zaczyna kiełkować myśl – “ich nie powinno tu w ogóle być, tu nie ma dla nich miejsca”. Bo rzeczywiście, nie ma. Stary Kontynent to nie elastyczna nylonowa pończocha rozciągająca się do rozmiaru XXL. Powoli staje się za ciasny. Włoski but już pęka w szwach, szczególnie na południowym wybrzeżu. A stamtąd już wszędzie blisko, bo Schengen tworzy nam prosty system naczyń połączonych, z którego zacznie się wylewać, w miarę jak liczba ludności napływowej zacznie osiągać stan krytyczny.

Zamiast jednak bezmyślnie dać się ponieść fali antyimigracyjnych haseł, należałoby się może zastanowić, dlaczego ktoś, ryzykując życie i zdrowie – własne oraz najbliższych, wciąż czuł, że nie ma nic do stracenia, opuszczając dom rodzinny. Jak źle musiało tam być, skoro woli mieszkanie w pudle na paryskim wysypisku? Być może przygnała go nadzieja na lepsze jutro nawet nie dla siebie, czy swoich dzieci, ale dla kolejnych pokoleń. Cóż, nie ukrywajmy, lwia część liczyła na zasiłek socjalny, ale jakiś mniejszy lub większy odsetek zapewne uznał kartonowy dach nad głową za bezpiezpieczną przystań, której żaden szalony radykalista nie wysadzi w powietrze. Jednakże, śledząc poczynania wspomnianego wyżej smoka, z którego nozdrzy, niczym z wulkanu przed erupcją, nieustannie wydobywa się gęstniejący dym stopniowo, acz skutecznie zasnuwający jasne dotąd niebo nad Europą, śmiało można stwierdzić, że zarówno ich, jak i nasze poczucie bezpieczeństwa to stan, który wkrótce może uzyskać charakter przejściowy, a w najgorszym scenariuszu zniknąć na dobre.

To dziwne, że niektórzy tak szybko zapominają, że w obliczu poważnego zagrożenia przestają istnieć sztuczne podziały, klasy czy granice. A przecież wiedziała o tym nawet mało światła ludność chłopska w Wiekach Średnich. Dlatego czy to w Paryżu, czy w Warszawie, czy w małym miasteczku na Podlasiu, warto czasem zrobić krok w tył i odpowiedzieć sobie, kto tak naprawdę jest tutaj wrogiem.

 

PS Tekst pierwotnie pojawił się na łamach gazety internetowej pod adresem http://www.mlodzidwudziestoletni.pl/ – jeśli jesteście ciekawi, jak młodzi postrzegają i komentują rzeczywistość, polecam zajrzeć. Niektóre artykuły dają do myślenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *