Pro w Prokrastynacji

Długo się nie słyszeliśmy. Podejrzewam, że niektórzy w ogóle zapomnieli o mojej sekcji na blogu. I choć teraz miałem rzeczywiście dobry powód na takie bezceremonialne wsiąknięcie, to równie dobrze mogło go nie być. Odkładanie rzeczy mam we krwi. Nawet za napisanie tego artykułu nie wziąłem się od razu, tylko pozwoliłem, żeby wyznaczony przez Klarę termin niebezpiecznie zbliżył się do granicy przyzwoitości.

Dlaczego tak się dzieje? Jeśli chodzi o obiektywne, psychologiczno-medyczne aspekty tego zjawiska, to nie wiem, czy jestem w stanie coś konstruktywnego od siebie dodać. Jeśli wpiszecie kluczowe hasła w Google, to znajdziecie setki artykułów traktujących o tym zjawisku i powtarzających te same informacje. Ale jeśli niespecjalnie Wam się chce to robić, to w telegraficznym skrócie podsumuję dwa główne źródła problemu. Po pierwsze – jest to strach przed porażką (często wywołany osobistą ambicją, albo narzuconymi oczekiwaniami) i potrzeba znalezienia wymówki w razie ewentualnego niepowodzenia. Po drugie – przyzwyczajenie do pracy w dużym stresie.

Zapytałem się mojej ukochanej, czy powinienem jakoś skomentować te teorie na własnym przykładzie. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to: „no w sumie racja, dokładnie tak to działa.” Ale po krótkiej rozmowie, Klara uświadomiła mi, że prawdziwą wartością tego artykułu może być szczere rozliczenie się ze swoimi doświadczeniami przebrnięcia przez kawałek życia niemal wyłącznie w trybie ciągłego odkładania obowiązków. Dlatego mam nadzieję, że zainteresuje Was ten paradoks względnie skutecznego prokrastynatora.

Nie powiem Wam, kiedy to się zaczęło, bo też prawdopodobnie nie było jednego doświadczenia, które mogło zainicjować tendencję do zostawiania rzeczy na ostatnią chwilę. Mimo wszystko, jako indywidualista z artystycznym zacięciem nie uważałem edukacji za coś szczególnie ekscytującego. Nie zrozumcie mnie źle, nigdy nie uciekałem od szkoły i lubiłem uczucie zdobywania wiedzy. Znacznie większą przyjemność sprawiało mi spędzanie czasu nad aktywnościami bezpośrednio związanymi z moimi audio-wizualnymi i technologicznymi pasjami. Te po prostu kompletnie nie pokrywały się z materiałem jakiejkolwiek, nawet najciekawszej lekcji. Dlatego właśnie uznałem za właściwe przyjęcie postawy zakładającej jak najlepszy efekt przy jak najmniejszym wysiłku. Przez większość dnia w szkole myślałem o setkach rzeczy, które sprawiłyby mi ogromną radość. Zmuszenie siebie do bezpośredniej kontynuacji żmudnego obowiązku w postaci odrobienia wszystkich lekcji tuż po powrocie do domu graniczyło z niemożliwością. Taki relaks trwał do momentu, kiedy sam orientowałem się lub została mi zwrócona uwaga, że wypełnienie powierzonego obowiązku może zająć szacunkowo tyle, co ilość czasu pozostała do rozsądnej pory zaśnięcia. Pech chciał, że w miarę zdobywanego doświadczenia stawałem się w takim szacowaniu bardzo arogancki.

Najgorszy w tym wszystkim był brak realnych konsekwencji. Dostawałem dobre stopnie i nigdy nie straciłem okazji, na której rzeczywiście mi zależało. Całkowita beztroska zaczęła powoli zanikać w gimnazjum i liceum. Nauczyłem się pewnej mobilizacji i systematyczności w sytuacjach, gdy pojawiało się zagrożenie druzgocącej porażki przy zastosowaniu sprawdzonych taktyk minimalistycznych. W tym samym czasie system szacowania najkrótszego niezbędnego czasu na wykonanie zadań zaczął poważnie szwankować i doświadczyłem pierwszych zarwanych nocy. Za każdym razem po takim wydarzeniu nachodziła mnie refleksja i potrzeba dyscypliny, która powoli rozpływała się i tworzyła grunt kolejnego bezsennego incydentu.

Wykształcił się we mnie również edukacyjny cynizm i interesowność. Z każdym rokiem coraz bardziej byłem przekonany o wyborze swojej drogi życiowej, na którą kompletnie nie będą miały wpływu wyniki. Dlatego właśnie coraz bardziej skupiałem się na pisaniu scenariuszy, kręceniu filmów, organizowaniu spektakli, czy rozpracowywaniu technologii, a obowiązki schodziły na drugi plan. Niestety, w tym wszystkim nie potrafiłem odpuścić i w ostatnim momencie decydowałem się na podjęcie próby przygotowania do zleconego zadania. Za cenę stresu i niewyspania łączyłem swoją pasję z całkiem dobrymi wynikami, ale za każdym razem biłem się z myślami – po co mi ta 4-ka z chemii? Kto na nią spojrzy na planie filmowym?

Niestety nie doszedłem do rozwiązania tej kwestii przed końcem liceum i skończyłem je z paskiem. Nie był on konsekwentnie wypracowany. Doszedłem do niego w wariackich zrywach ambicji. Oczywiście po wakacjach nikogo nie interesowało moje świadectwo, co jeszcze bardziej napędziło moją prokrastynację i umożliwiło jej rozrośnięte się na inne aspekty życia. Po przeprowadzce do Londynu i rozpoczęciu studiów filmowych, klasycznie zostawiłem większość esejów z teorii na ostatni moment, ale opóźniałem też organizację swojego życia – robienia zakupów, wysyłania ważnych maili, czy załatwiania biurokratycznych formalności.

W międzyczasie udawało mi się regularnie wypuszczać odcinki mojego programu na YouTube i tworzyć zbiórki pieniędzy na swój film, aby później przez dwa tygodnie konsekwentnie go kręcić koordynując 10-osobową ekipę. To wszystko przecież nie byłoby możliwe, gdybym leniuchował aż do ostatniej chwili. Na drugim roku dostałem fantastyczną pracę – pisanie scenariuszy do reklam na zlecenie. Nakład pracy do każdego z nich był porównywalny do pisania uniwersyteckiego eseju, a jednak nigdy nie dałem mojemu pracodawcy powodów do kwestionowania mojej punktualności czy jakości przygotowanych materiałów. Wydaje mi się, że finansowa motywacja kompletnie zmieniła moje podejście. Na myśl o wszystkich fantastycznych seansach kinowych i sprzętach, na które będę mógł sobie pozwolić, rósł mój zapał do roboty. I chociaż niektórzy mogą pomyśleć o mnie jako materialiście bez ideałów, to ja triumfuję z myślą, że nie wszystko stracone i jest we mnie jeszcze dużo dobrze rokującej produktywności.

Postronni obserwatorzy pewnie zarzucą mi narcystyczne wyparcie. Może po prostu jestem potwornie leniwy i takie wyjątki tylko potwierdzają regułę. Alergicznie unikam obowiązków aż najdzie mnie świadomość druzgocącej porażki, jaką mogłoby przynieść zlekceważenie pewnych odpowiedzialności. Masochistycznie uzależniłem się od stresu i jestem nieproduktywny bez tak silnego bodźca. To wszystko może być prawdą, od której uciekam, ale uważam, że jest w mojej historii pewna wartość. Jeśli jak ja widzicie w sobie tendencję do chorobliwego odkładania rzeczy – pracujcie nad tym. Życie nie ma taryfy ulgowej dla prokrastynatorów. Zwróćcie tylko uwagę na te sprawy, które robicie bez wysiłku i przymuszenia; rzeczy, które wychodzą naturalnie. Jeśli uciekacie od obowiązków do pasywnych aktywności, to zastanówcie się, czy możecie podejść do nich kreatywnie, np. zamiast obsesyjnego przeglądania Instagrama czy Pinteresta, załóżcie własne konto i stwórzcie społeczność! Odkrycie w sobie produktywnego hobby pomoże Wam znaleźć motywację do wykonywania całej reszty czynności. Uświadomicie sobie, że dotychczasowe nużące obowiązki to klucz do rozwijania się w Waszej pasji.

I z tą myślą chciałbym Was zostawić, bo niestety muszę uciekać do innych zadań, które mogłem zrobić wcześniej zamiast grania na Nintendo Switchu. Przede mną jeszcze długa droga, ale odkąd przyznałem się do swojej ułomności, po raz pierwszy robię pewne postępy. Trzymajcie za mnie kciuki! Do usłyszenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *