Syndrom niekończącej się checklisty

Minął ponad miesiąc od ostatniego artykułu i mam ogromne wyrzuty sumienia, że tak zaniedbałam moją wirtualną aktywność. Chciałabym się wytłumaczyć, dotykając jednocześnie problemu, z którym większość z nas zetknęła się przynajmniej raz na różnych etapach życia. Chodzi o… 

… checklisty! Uwielbiam je, choć doprowadzają mnie do rozpaczy. Porządkują, jednocześnie wprowadzając chaos. Pozwalają oszczędzić czas, biorąc w zamian cenne minuty. Umiejętnie skonstruowana lista to skarb, ale wystarczy jeden nieostrożny wers, by zamienić ją w tykającą bombę frustracji.

Cofnijmy się do 2018 roku – czas na rys historyczny. Kiedy założyłam Doctora Avocado, od razu postawiłam go wysoko w hierarchii priorytetów. Postanowiłam traktować pisanie tak, jakby było moją pracą, choć zdawałam sobie sprawę, że żadnych pieniędzy z tego nie będzie, przynajmniej na początku. Przez pierwsze 1,5 roku posty na Instagrama wstawiałam dwa razy w tygodniu, a artykuły na bloga co drugą niedzielę – jak w zegarku. Z czasem zauważyłam, że taka ilość kontentu może być przytłaczająca lub nawet irytująca dla użytkowników i dla mnie, bo działalność kreatywna pochłania dużo czasu. Dlatego spuściłam z tonu, unikając jednocześnie sytuacji, w której tworzę ilość, a nie jakość. Instagram natychmiast to wyczuł i bezlitosny algorytm sprawił, że moje zasięgi spadły o prawie 50%. Z tysiąca osób, które odwiedzały stronę tygodniowo zrobiło się 500, 400. Ze smutkiem obserwowałam, jak liczba obserwujących przez dwa miesiące oscylowała wokół tej samej liczby. Dwa kroki w przód, trzy kroki w tył. Obiecałam sobie, że coś z tym zrobię, jak tylko….

No właśnie, jak tylko co? Jak tylko zrobię wszystko inne. Nauczę się na zajęcia, opracuję notatki, wyprasuję ubrania, ugotuję obiad, zrobię coś dla kogoś, bo mnie prosi, wrócę ze spotkania albo z koła, odpiszę na wszystkie maile. I nagle jest koniec dnia, koniec tygodnia. Znów ogarnia mnie panika, że nic nie zrobiłam, chociaż cały czas byłam zajęta. A kiedy już miałam chwilę, wolałam odpocząć. I tak odkładałam na następny tydzień napisanie artykułu, zrobienie zdjęcia czy zaprojektowanie wizytówek. Już sama nie wiedziałam, czy to lenistwo czy zdrowy rozsądek.

I jeszcze do tego wszystkiego doszły Święta. Tralala, niby najpiękniejszy czas w roku, a każdy lata jak opętany po sklepach w poszukiwaniu tej jednej rzeczy, która nie jest zbyt tandetna. Zakupy internetowe? Świetnie! Tylko potem pięciu kurierów się dobija do drzwi, jedna paczka się zgubi w sortowni, inną trzeba zwrócić i znowu zaczyna się karuzela szaleństwa. Nagle wszystkim się przypomina, że fajnie by było się spotkać, tak jakby każdy inny miesiąc nie był  równie dobrym momentem. Czy wspomniałam już o Sylwestrowej gorączce? Jak, gdzie, z kim, w co się ubrać, ile wypić? A o wszystkich przyjemnościach, które czekają na studentów po powrocie na uczelnię w Nowym Roku? O maratonie nauki i zaliczeń na koniec semestru? Nie wspomniałam? No to już wspominam.

Żeby w tym wszystkim się nie zgubić, od wielu lat staram się codziennie robić sobie listy – w głowie albo na kartce. Ale dużo łatwiej przychodzi mi dodawanie do nich kolejnych pozycji niż wykreślenie jednej, nawet najbardziej podstawowej. A takie też musiałam umieszczać, bo nie mogłam uporządkować własnych myśli. Każdy kawałek mózgu był ciągnięty w inną stronę przez różnych ludzi i różne sprawy. Doszło do tego, że musiałam planować, kiedy dokładnie najlepiej by było iść pod prysznic, co zakrawa o absurd. Wreszcie doszłam do wniosku, że najsensowniejsze jest robienie listy nie na dzień, lecz na tydzień, żeby rozsądniej rozłożyć zadania w czasie. Moja wydajność przestała wahać się w zależności od samopoczucia danego dnia, co zdecydowanie ułatwiło mi pracę. Wadą tego rozwiązania jest niestety pośrednia prokrastynacja, bo mając przed sobą kilka zadań, w tym jedno, którego nie chcemy tykać nawet końcem kija, zamiast niego wybierzemy każde inne. Taka jest ludzka natura. Poszukajcie przykładów we własnej codzienności. Zrobi Wam się głupio, jak szybko się znajdą.

Klasyczna sytuacja:

Wiem, że zbliża się kolokwium z farmakologii klinicznej i że ten lodowiec nieprzyswojonej wiedzy nie stopi się sam. Są tematy mało i mniej sympatyczne. Dla mnie na przykład leki kardiologiczne są kiepskie do nauki, a antybiotyki w miarę szybko układają mi się w głowie. I tak, stojąc przed wyborem sięgnięcia po prezentację z kardiologii lub z leczenia zakażeń, automatycznie wybieram zakażenia, bo po powrocie z zajęć jestem zmęczona i nie chcę przedzierać się przez działkę, której nie lubię. Niby nie tracę czasu, bo przecież coś robię i to nawet w dobrym kierunku, ale mam za mało siły, żeby uderzyć w swój własny czuły punkt. Mój mózg próbuje się bronić, sam siebie oszukując.

I tak samo było z pisaniem. Pozornie robiłam wszystko, żeby wreszcie móc usiąść przy klawiaturze, ale podświadomie robiłam te rzeczy z przeciwną intencją. A spraw było dużo, więc łatwo było znaleźć wymówkę. Gdy jedna znikała, trzy inne zajmowały jej miejsce. Im dłużej trwała ta ciuciubabka, tym bardziej coś się we mnie blokowało. Chciałam coś napisać, ale myśl, którą próbowałam rozwinąć kończyła się na jednym akapicie. Albo, co gorsza byłam zbyt rozkojarzona i mój skończony tekst był niespójny jak wypracowanie przeciętnego gimnazjalisty, więc wstydziłabym się go opublikować.

Kończąc ten wywód, chciałabym życzyć Wam, drodzy Czytelnicy, świętego spokoju na koniec roku. Paczka na Święta nie doszła na czas? Trudno. Piernikowy ludek stracił głowę podczas dekorowania? Bywa. Nie bombardujmy siebie i innych bezsensownymi zadaniami, które niewiele wnoszą. Im bardziej się rozdrabniamy, tym więcej czasu wyrzucamy przy tym w błoto, gubiąc sens, przyczynę i samych siebie. A przecież nie o to chodzi w Świętach, ani tym bardziej w życiu. I tu, i tu trzeba się skupić na tym, co  najważniejsze. A co to jest? Trzeba chwilę pogłówkować.

One thought on “Syndrom niekończącej się checklisty

  1. Moja lista na nadchodzący rok zawiera zawsze tylko jedną pozycję, więc nie pozostawiam sobie wyboru. Tak będzie i w tym roku co nie oznacza,że będzie łatwo 🍀

Pozostaw odpowiedź Kaja Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *