Kartka z pamiętnika: Bajka o poniedziałku

Dawno, dawno temu ktoś wynalazł budzik. Czasami już pierwsze jego dźwięki wydobywające nas z krainy snów potrafią przesądzić o tym, czy dzień będzie dobry czy zły. Ten został spisany na straty, jeszcze zanim otworzyłam oczy. Zapewne dlatego, że był to poniedziałek, a z Pragi na Banacha musiałam dojechać na 7:30 na najbardziej jałowy poranny blok w całym moim dotychczasowym uczelnianym życiu. Z niedowierzaniem wpatrywałam się w ekran smartfona. Google donosił, że o tej nieprzyzwoicie wczesnej godzinie było -15 stopni. Postanowiłam być dzielna. Po śniadaniu założyłam najcieplejszy sweter, otuliłam się szalikiem jak kreskówkowy Eskimos i ruszyłam w drogę.

Pierwszy wdech po wyjściu z bloku jest zawsze najgorszy. Zawieszony w lodowatym powietrzu smog natychmiast zaatakował moje biedne nozdrza. Przed oczami stanęły mi zdjęcia z sekcji płuc z zeszłego tygodnia, na których było widać paskudny czarny nalot. Palacz – pomyślałam wtedy, gratulując sobie, że mnie to nigdy nie będzie dotyczyć. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że to po prostu efekt oddychania zanieczyszczonym powietrzem i podobno każdy, kto mieszka w dużym mieście prędzej czy później wyhoduje sobie podobne ogniska smolistego osadu. Cóż, gratulacje były przedwczesne.

Mój tramwaj stał na środku Placu Zawiszy w nieskończoność trwającą ponad pięć minut. Trudno, najwyżej się spóźnię. To cena jaką się płaci za przyjeżdżanie “na styk”. Zresztą to nie pierwszy raz – komunikacja miejska bywa kapryśna. Myślałam, że wejdę ostatnia, ale niepotrzebnie się martwiłam. Zaspani studenci schodzili się jeszcze przez kolejne czterdzieści minut. Tematem były kardiomiopatie, czyli zagadnienie dość ważne i ciekawe, ale asystentka już na początku nas uprzedziła, że będzie wchodziła w szczegóły genetyczne, więc nie zapowiadało się za dobrze. Potem dodała, że tak naprawdę to co rzeczywiście jest istotne, mogłaby opowiedzieć w godzinę, ale kazano jej mówić dwa razy tyle.

Po czterdziestu minutach seminarium rozejrzałam się po sali. Połowa spała. Prawidłowo – spanie w dowolnej pozycji to cenna umiejętność będąca jednocześnie mechanizmem przystosowującym nas do przyszłej pracy. Druga połowa bezwiednie przeglądała Facebooka, licząc, że może pojawi się tam coś ekscytującego, a ci bardziej przezorni uzbroili się w dobry kryminał lub chociaż gazetę. Nieliczni ze zrezygnowaniem śledzili niekończącą się serię slajdów – z nudów rzecz jasna, bynajmniej nie z zainteresowania. Przyznam, że to i moja strategia przetrwania. Staram się słuchać, bo dzięki temu czas trochę szybciej leci. Niestety po takich mało emocjonujących i niepotrzebnie rozwleczonych zajęciach zawsze czuję się mniej więcej tak, jakby przejechał po mnie walec. Ku ogólnemu niezadowoleniu, te w dodatku się przedłużyły. Choć było krótko po dziesiątej, wyszłam zmęczona, bez energii i bez krzty motywacji do podejmowania kolejnych wyzwań jakie miał przynieść dzień.

Jak co poniedziałek kolejne zajęcia zaczynały się dopiero o 14:30. I niestety moja grupa opuszcza kampus około 20, co czyni początek tygodnia jeszcze bardziej koszmarnym niż jest z natury. Nie wiem, czy da się zmusić kogokolwiek do aktywności umysłowej o tej godzinie, ale to właśnie przewiduje plan. Jak to mówią: jeśli nie możesz czegoś zmienić, pogódź się z tym. Zwykle zaopatrzona w jedzenie, przeczekuję całe okienko w bibliotece, bo szkoda mi czasu na dojazdy. Ale tego dnia nie mogłam się zmusić i pojechałam do domu.

W metrze mignęła mi gdzieś reklama zimowych specjałów Starbucksa. White Caffe Mocha z solidną porcją bitej śmietany. Wyglądała bajecznie no i ta biała czekolada… Dwa razy dziennie mijam tę sieciówkę przy Dworcu Wileńskim. Jest po drodze i czasami przechodzi mi przez myśl, żeby tam wstąpić, ale zanim się przekonam do tego pomysłu, już jestem za daleko, żeby się cofać. Ostatni raz odwiedziłam ją chyba we wrześniu, gdy pojawiła się Pumpkin Spice Latte i chciałam przekonać się na własnych kubkach smakowych, czy Internet słusznie się nią zachwycał. Zachęcona widokiem wolnych stolików podjęłam szybką decyzję i weszłam.

Uśmiechnięty barista powitał mnie wesoło. Spojrzał ze zrozumieniem, gdy w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i zamiast średniej kawy, poprosiłam o dużą. Tym razem trzeba było wytoczyć najcięższe działa. Znalazłam sobie wolny fotel przy oknie i czekając na swoje zamówienie, zaczęłam obserwować otoczenie. Niektórzy czują się niezręcznie, gdy siedzą sami w restauracjach czy kawiarniach. Ja wręcz przeciwnie. Zlustrowałam wnętrze i szybko znalazłam “stałych bywalców” –  obcokrajowców podróżujących z walizkami, licealistów robiących zadania domowe i biznesmenów ze skupieniem wpatrujących się w swoje MacBooki. Przy stoliku naprzeciwko odbywała się rozmowa o pracę. Ciekawe, jak się skończyła… Mam nadzieję, że korzystnie dla obu stron.

Zawołano mnie, że kawa gotowa. Wyglądała tak smakowicie. Oprószyłam ją jeszcze wanilią i czekoladą, tak dla zasady. Spokojnie powtarzając antybiotyki na następną farmakologię, stopniowo opróżniałam wielki porcelanowy kubek i w miarę jak wypełniała mnie jego gorąca, słodka zawartość, czułam, jak wracało pozytywne nastawienie. Posiedziałam tam godzinę, może chwilę dłużej. Wcale nie chciałam opuszczać swojego ciepłego kąta. Jednak gdy zebrałam siły i w końcu wyszłam, smog jakby nieco mniej drapał mnie w gardle, chłód nie wydawał się aż tak dokuczliwy i właściwie to byłam ciekawa, jakie niespodzianki przyniesie ten pierwszy od niepamiętnych czasów prawdziwie mroźny tydzień.

Bajka nie byłaby bajką, gdyby nie płynął z niej żaden morał. Żeby nie pozostawiać nikomu wątpliwości interpretacyjnych zamieszczę go na samym dole (podobno najlepiej zapamiętujemy początek i koniec czytanego tekstu). Potraktujcie to jako wskazówkę, ilekroć macie koszmarny dzień o niewyjaśnionej etiologii. Nie musicie się z tego nikomu tłumaczyć. Po prostu zróbcie dla siebie coś miłego. Miłych poniedziałków!

„Life is good… after coffee.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *