Uzależnienie od nauki

Podstawówka, gimnazjum, liceum, studia. Nauka, kartkówka, sprawdzian, nauka, wejściówka, egzamin. Punkty, procenty, oceny, średnia. Czerwony pasek, list gratulacyjny, dyplom, nagroda, stypendium. Walka, walka, walka.

Najpierw walczyło się o naklejki za prowadzenie zeszytu. Za szlaczki, za podkreślony temat. Za datę i numer lekcji. Dostawało się słoneczko za kształtne literki niewychodzące za linie. Potem walczyło się o oceny i pochwały w dzienniczku. Każdy chciał być w gronie prymusów wyróżnionych na apelu. Żeby mama była dumna, a tata poklepał po plecach. Potem zaczęła się walka o punkty. Punkty z zachowania, za wolontariat, za osiągnięcia sportowe i plastyczne. Im więcej punktów, tym większe szanse na dobre gimnazjum czy liceum. Niby był egzamin gimnazjalny czy test szóstoklasisty, ale dodatkowymi aktywnościami można było sporo ugrać. I wreszcie decydująca walka. Walka o przyszłość tożsamą z procentami na maturze. Łzy, kiedy na próbnym arkuszu zamiast dziewiątki z przodu pojawiała się ósemka. Żaden konkurs ortograficzny czy praca plastyczna nie mogły pomóc przy rekrutacji.

A o co walczy się na studiach medycznych?

Wydawać by się mogło, że my, studenci, walczymy o przetrwanie. Uzbrojeni w opasłe tomiszcza i kolorowe zakreślacze, torujemy sobie drogę do bezpiecznej przyszłości. Problem polega na tym, że medycyna to tunel, który wydaje się nie mieć końca. Szczególnie przez pierwsze lata. Na początku nie uczymy się dla siebie. Uczymy się, żeby zaliczyć i zapomnieć, żeby iść dalej, nie patrząc wstecz. Uczymy się nie po to, żeby umieć, tylko żeby nie mieć poprawki. Żeby mieć ferie, wakacje.

Tak było ze mną na pierwszym roku. Chciałam tylko mieć to za sobą. Nieważne, jakim kosztem, nieważne, z jaką oceną. Ale na drugim roku ambicja zaczęła o sobie przypominać. Przygotowując się do pierwszego kolokwium, nie chciałam już tylko zaliczyć. Chciałam dostać piątkę. I dostałam, a potem kolejną. W miarę jak rosły moje szanse na stypendium, coraz gorzej reagowałam na niższe oceny. Byłam gotowa wypruć sobie żyły, żeby podbić tą nieszczęsną średnią o jedną czy dwie dziesiąte i dopiąć swego.

Kiedy dorastałam, kiedy kształtował się mój charakter, sukcesy w nauce były moim największym powodem do dumy. Dawały radość mi i moim bliskim. Co w tym złego? Niby nic, ale nie zauważyłam, że przez te wszystkie lata przeistoczyłam się w szczura laboratoryjnego, który nauczył się stymulować swój układ nagrody. Schemat był bardzo prosty- dobry wynik powodował wyrzut dopaminy, co skutkowało upajającym, ale niestety chwilowym uczuciem samozadowolenia. A co było między jednym szczytem a drugim? Marność nad marnościami, bo bez sukcesów codzienność wydawała się mdła. Nie potrafiłam być z siebie dumna, robiłam się drażliwa i przewrażliwiona.

Przyznaję, że sama jestem sobie winna, że do tego stopnia uzależniłam swoje szczęście i poczucie własnej wartości od czegoś tak błahego jak wyniki z testów, ale presja związana z byciem ocenianym na każdym kroku wykształca w ludziach najróżniejsze mechanizmy adaptacyjnie. Satysfakcja z wysokich liczb była moją siłą napędową, kiedy inne motywatory okazywały się za słabe.

Dopiero niedawno zaczęłam wychodzić z tego błędnego koła. Nie chcę już, żeby czynniki zewnętrzne miały tak duży wpływ na mój dobrostan psychofizyczny. Nie chcę być definiowana przez średnią ocen, bo liczby to tylko liczby. Są puste, niczego nie wnoszą. Fakt, kryje się za nimi ciężka praca, ale wiedza, która z tego wszystkiego powinna być najważniejsza już dawno uleciała. Co z tego, że zdałam egzamin na 90%, jak nie pamiętam już, że w ogóle miałam taki przedmiot?

Teraz uczę się wszystkiego na nowo. I nie mówię bynajmniej o materiale ze studiów. Uczę się, jak dbać o siebie. Dzisiaj cieszę się, że spędziłam Święta z rodziną, a nie odliczam, ile godzin zmarnowałam na nieuczenie się. Wcześniej nie byłam do tego zdolna. Stawiam sobie cele inne niż przeczytanie odpowiedniego rozdziału w podręczniku. Pozwalam sobie na czerpanie przyjemności z robienia rzeczy powoli i dokładnie, a nie szybko i po łebkach, żeby tylko mieć je z głowy i usiąść do nauki. Nie stresuję się już, jeśli dłużej wracam do domu po zajęciach, regularnie bywam w domu. Recepta na wewnętrzny spokój wydaje się prosta, ale trzeba samemu do niej dojść. Nie docierało do mnie, kiedy wszyscy dookoła załamywali ręce i powtarzali klasyczne “Będzie dobrze, nie stresuj się.” albo “Za dużo się uczysz, odpocznij, idź na spacer.” Do tego trzeba dorosnąć.

 

9 thoughts on “Uzależnienie od nauki

  1. Jak dobrze, że w końcu ktoś szczerze opowiada o tych ciemnych stronach pogoni za ambicją! Zamiast rzucania tylko informacji o kolejnych zerówkach czy stypendiach, bez dopowiedzenia o przebiegu procesu…
    Albo, uściślając, jak dobrze, że kolejna osoba głośno o tym mówi – bo jest już troszeczkę takich głosów, ale wciąż dużo za mało. :)

    1. Zdecydowanie. Mam nadzieję, że pisząc otwarcie o tym, co niestety nie stawia mnie w najlepszym świetle, sprawię, że choć jednej osobie też zapali się lampka. Dziękuję za ten komentarz!

      1. Nie ma za co! A przy okazji, wg mnie stawia Cię w jak najlepszym i tym bardziej pozytywnym świetle – bo okazujesz tym samym szczerość (której tak bardzo w internetach brakuje!) i naturalność.

  2. No wiesz,nie każdy rozpoczyna studia na wydziale lekarskim chwilę po skończeniu 18 lat tak jak Ty. Trudno wówczas o dojrzałość i mocną psychikę. Ty potrzebowalaś czasu,by dorosnąć i wypełznąć ze szkolnych zasad i ograniczeń . Myślę, że Twoi bliscy mają powód do dumy,że tak się zmieniasz 🍀

  3. Wow! Twój artykuł poleciła mi przyjaciółka, która naświetliła mi mój problem. Tak, naprawdę istnieje coś takiego jak uzależnienie od nauki i zakrawa to już na lekką obsesję, bo nawet jeśli znajdzie się dzień, w którym nie muszę uczyć się na uczelnię to znajduję sobie naukę spoza obszaru moich studiów i potrafi mnie to pochłonąć do reszty. Jestem w stanie myśleć tylko o tym i odpuścić posiłki, spotkanie ze znajomymi, sen tylko dlatego, żeby „jeszcze trochę pocisnąć”. Wrzuciłaś post w odpowiednim momencie, bo moim postanowieniem noworocznym chyba zostanie „odpuścić” ;) pozdrawiam znad kawy i skryptu i dziękuję!

    1. Skąd ja to znam… Cieszę się, że poprzez ten artykuł dołożyłam cegiełkę do zmiany na lepsze. Trzymaj się! Mam nadzieję, że uda się utrzymać to postanowienie, szczególnie, że sesja zimowa się zbliża nieubłaganie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *