„Wielki Gatsby” – czy rzeczywiście wielki?

Była sobie książka… która stała na półce w domowej biblioteczce przez kilka dobrych lat. Cienka, z pożółkłymi kartkami i małym pingwinkiem na grzbiecie – logo wydawnictwa Penguin Popular Classics. Nazwisko Fitzgerald brzmiało znajomo, poetycko i zachęcająco, więc pierwszego dnia ferii zimowych w ramach odstresowania po sesji, postanowiłam wreszcie sięgnąć po klejnot koronny jego twórczości. “Wielki Gatsby” – obowiązkowy punkt na amerykańskiej liście lektur i panorama nowojorskich lat dwudziestych – epoki jazzu, prohibicji i rozkwitu Wall Street. Wcześniej oglądałam film, więc sama historia była mi znana, ale nie do końca rozumiałam, na czym polega tytułowa wielkość tego dzieła. Potrzebowałam szerszego kontekstu.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas czytania w oryginale to niezwykła metaforyczność i bogactwo językowe. Kolejne zdania są jak pojedyncze maźnięcia pędzla artysty – prawdziwego znaczenia nabierają dopiero w globalnej perspektywie. Po kilkunastu pierwszych stronach, musiałam zaopatrzyć się w ołówek, żeby zaznaczać niektóre sformułowania i po przeczytaniu całego rozdziału, jeszcze raz się nad nimi pochylałam. Nie wahałam się korzystać ze słownika, bo szybko zorientowałam się, że prezentowany czytelnikowi świat jest przesycony symbolami, kontrastami i mistrzowsko dobranymi epitetami. Ich interpretacja wymagałaby napisania kilku oddzielnych postów. Bohaterowie noszą imiona o podwójnym znaczeniu, otaczają się określonymi kolorami, a pogoda jest odzwierciedleniem opisywanych wydarzeń. Nie wszystko było dla mnie od początku oczywiste i niektóre zabiegi autora odkryłam ze zdumieniem dopiero, gdy zajrzałam do profesjonalnych opracowań. To jedynie podsyciło moją ciekawość, więc zaczęłam bardziej zgłębiać temat.

Na pewno chwilę uwagi warto poświęcić bohaterom. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę, żadnej z tych postaci nie da się lubić. Tom jest odpychający w każdym calu – jego wygląd, paskudny charakter, poglądy ujawniane w rozmowach – wszystko składa się na obraz snobistycznego brutala. Tym bardziej początkowo może dziwić fakt, że jego życiową partnerką jest delikatna i czarująca Daisy. Szczerze mówiąc, dawno żadna postać literacka nie działała mi na nerwy tak bardzo jak ona. Wiecznie niezdecydowana zagubiona eskapistka. Złota dziewczyna, która mając nieco ponad 20 lat, myśli, że robiła już w życiu wszystko. Jest znudzona bezsensownymi przyjęciami i jałowymi rozmowami. Utknęła i nic, nawet miłość, nie jest w stanie jej wyrwać z tego marazmu. Prawda jest taka, że nie potrafi żyć inaczej. Pod koniec okazuje się, że ona i Tom są ulepieni z tej samej, beznadziejnej gliny. Dlatego śmiem wątpić w prawdziwość jej uczucia do Gatsby’ego. Chyba nigdy nie traktowała go poważnie, skoro padła w objęcia pierwszego milionera z Chicago, jaki pojawił się w Louisville.

Co ciekawe, również szczerość Gatsby’ego można podważyć. Czy tak naprawdę zakochał się w Daisy, czy w tym, co sobą reprezentowała – w jej posiadłości, rodzinie, „głosie pełnym pieniędzy”? Odnoszę wrażenie, że była dla niego, choć najbardziej drogocennym, to wciąż tylko elementem wizerunku, który tak skrupulatnie tworzył. Chciał ją posiąść, oczywiście w romantycznym tego słowa znaczeniu, co było jego wewnętrzną motywacją do samorozwoju i pomnażania majątku. Niestety jej zapewnienia mu nie wystarczyły – chciał, żeby wyparła się wszelkich uczuć do Toma i przyznała, że nigdy go nie kochała, choć nie było to prawdą. W dodatku Gatsby nie potrafił się pogodzić z tym, że nie da się cofnąć czasu ani odtworzyć przeszłości. Fitzgerald wielokrotnie nam to sygnalizuje. Dlatego też przypuszczam, że darzył namiętnym uczuciem nie samą Daisy, ale jej obraz – idealizowany i pielęgnowany przez pięć lat samotności. Od samego początku to musiało być dla niej przytłaczające. Przypomnijmy sobie scenę, w której zarzuca ją swoimi eleganckimi koszulami. W pewnym momencie z niewiadomych przyczyn dziewczyna wybucha płaczem. A w upalne popołudnie w Hotelu Plaza? Im gorliwiej Gatsby zapewniał ją wtedy o swoich uczuciach, tym bardziej ona zamykała się w sobie. Podejrzewam, że właśnie w tamtym momencie zdała sobie sprawę, że byłby kolejnym mężczyzną, przy którym czułaby się stłamszona.

W towarzystwie bogaczy obraca się także niezamożny Nick – narrator-obserwator, mdły i bierny. Uczestniczy w wydarzeniach, ale nigdy nie jest w ich centrum. Czytając jego przemyślenia na temat Daisy w pierwszych rozdziałach, nie da się nie zauważyć, że żywi do swojej kuzynki jakieś platoniczne uczucie. Potem jednak jego uwaga zostaje przekierowana na Jordan Baker – znaną golfistkę, przyjaciółkę Daisy z czasów dzieciństwa. Znaczenie tej postaci jest dla mnie niejasne. Podobnie jak Nick, zawsze jest w pobliżu rozgrywających się scen, ale nie ma na nie żadnego wpływu i jej obecność niczego specjalnego nie wnosi.

Na przeciwległym biegunie znajdują się George i Myrtle – para degeneratów z Doliny Popiołów. George jest opisywany jako szary, schorowany człowiek, który całe życie spędził w warsztacie. Jego żona to przeciwieństwo Daisy – kobieta lekkich obyczajów, pełna życia kochanka Toma. Źródłem jej zepsucia również są pieniądze, a raczej pragnienie ich posiadania. Tom spełniał wszelkie jej zachcianki, oprócz jednej. Nigdy nie zamierzał zostawić dla niej Daisy.

W “Wielkim Gatsbym” obserwujemy, jak powoli umiera “amerykański sen”. Wokół tego zbudowana jest cała fabuła. Dziwi mnie, że niektórzy patrzą na opisane wydarzenia jedynie przez pryzmat romansu, bo przecież tak naprawdę jest on ledwie pretekstem do wprowadzenia nas w klimat dekadenckich lat 20-tych. Powiedziałabym raczej, że jest to opowieść o pieniądzach, podziałach i moralnym upadku. Oczywiście, podsumowaniem powieści może być stwierdzenie, że pieniądze szczęścia nie dają, ale sięgnijmy głębiej.

Na Long Island pieniądze pieniądzom nierówne. Tom i Daisy wraz z innymi mieszkańcami East Egg reprezentują „stare pieniądze” – te, które się dziedziczy, a nie zarabia. West Egg to ekstrawaganckie mieszkania nowobogackich, którzy za wszelką cenę próbują wejść do wyższych sfer. I tu widzimy Gatsby’ego, który jest dowodem na to, że nigdy się to nie uda. Kiedy o tym piszę, natychmiast kusi mnie, żeby zestawić go z naszym rodzimym Wokulskim, co na pewno zrobiłabym, gdyby to było szkolne wypracowanie. On też do końca wierzył, że dzięki swojej pracy i determinacji zdobędzie pieniądze i idącą za nimi akceptację. I choć dorobił się fortuny i nauczył się być najlepszą wersją siebie, nie zyskał szacunku, sympatii i miłości od elity, do której tak bardzo chciał należeć. Zostawiając „Lalkę” i polski pozytywizm, wróćmy do wieku XX. “Wielki Gatsby” przeczy Ameryce, o której ówcześnie marzyły miliony. Wierzono, że jest miejscem, w którym ciężka praca i samozaparcie stanowiły przepustkę do lepszego życia, a co ważniejsze, w którym nie utrwaliły się znane z Europy społeczne różnice. Każdy mógł osiągnąć wszystko, czego pragnął, jeśli tylko o to zawalczył. Nasze szczęście miało być wyłącznie w naszych rękach. Czy to nie brzmi jakoś dziwnie znajomo?

I tu dopiero ujawnia się najważniejszy, uniwersalny wymiar tej powieści. Choć niedługo minie 100 lat od jej napisania, prawie wszystkie poruszane tematy odnoszą się tak samo trafnie do czasów Fitzgeralda, jak i do współczesności. To dziwi i przeraża, bo przecież jako ludzkość powinniśmy ewoluować i uczyć się na błędach poprzednich pokoleń. Tymczasem wciąż staramy się biec szybciej, wyciągać ręce dalej, licząc, że dopniemy swego i pewnego pięknego dnia….

One thought on “„Wielki Gatsby” – czy rzeczywiście wielki?

  1. Nigdy nie patrzyłam na bohaterów tej powieści w ten sposób. Dałam się ponieść ogólnie przyjętym interpretacjom i niejakiemu przymusowi zachwycania się wszystkim, bo to przecież wielkie dzieło. Twoja recenzja,opracowanie, nie wiem jak to nazwać…może refleksje są tak swobodne,lekkie i takie ludzkie (np. to że denerwowała Cię główna bohaterka) że mam ochotę przeczytać tą książkę jeszcze raz. Super tekst.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *