Wspomnienie: Medycyna przedkliniczna

Na pierwszym roku studiów przeżywałam naukowy kryzys średnio co dwa tygodnie. Wydawało mi się, że nie mam żadnych szans na przetrwanie na medycynie. Przyswojenie wymaganej wiedzy na czas było po prostu niewykonalne. Czułam się fatalnie, wiedząc, że nie jestem dobra w anatomiczne klocki. Bałam się, że nie mam czego szukać na medycynie, bo pierwszy rok mocno mnie zniechęcił. W tym chmurnym okresie szukałam wsparcia u wielu osób i co od nich wszystkich słyszałam?

“Nie ma rady, musisz to przetrwać. Trzy lata, a potem z górki.”

No fajnie. 1000 dni wspinaczki, a potem zjazd życia, tak? Co to za granica – 3 lata? Czyżby w połowie studiów młodych medyków nawiedzała naukowa wróżka, która w jedną noc robi im porządek w głowach? Jeśli tak, to może faktycznie warto się przemęczyć. Dlatego czekałam. Czekałam, ucząc się anatomii, fizjologii, biochemii, cytofizjologii, genetyki, biofizyki, histologii, immunologii, parazytologii, mikrobiologii, biologii molekularnej, patomorfologii, farmakologii, psychologii medycznej, podstaw pielęgniarstwa, propedeutyki medycyny uzależnień i wielu innych przedmiotów, których nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć bez zaglądania do starych notesów. Wreszcie skończyłam trzeci rok i…

Nic. Wróżka nie przyszła. Mało tego! Zła czarownica rzuciła klątwę na nas, niewinnych i ciężko pracujących studentów, sprawiając, że znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Jak to możliwe? Nasze głowy nie były puste, co to, to nie. Umieliśmy przecież omówić cykl życiowy zarodźca malarii. Umieliśmy rozpoznać komórki Reed-Sternberga pod mikroskopem. Tacy byliśmy zdolni! Sęk w tym, że przez lata wypełnialiśmy głowy nie tym, co trzeba. Trzy lata nauki, 11 wielkich egzaminów i guzik. Człowiek wchodzi na oddział i nie wie, jak się zachować. Wie, że nic nie wie, to na pewno. Ciało człowieka na bloku operacyjnym nie wygląda jak to, które oglądaliśmy w prosektorium. Jest różowe i zbite, nie ma szpilek wbitych w nerwy i tętnice. Aż by się chciało złożyć reklamację. Biochemia? Cytofizjologia? Tego nawet nie widać! A jak czegoś nie widać, to tak jakby tego nie było, prawda?

W klinice liczy się przyczyna i skutek, mechanizmy natomiast zostawia się do dyskusji akademickich. Ma to swoje zalety – pewne rzeczy stają się bardziej logiczne, gdy wyłuska się je z kokonu szczegółów. Zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie były te trzy lata. Czy to był zmarnowany czas? Przepraszam, jeśli swoim stwierdzeniem wywołam czyjeś oburzenie, ale uważam, że po części tak. Wydaje mi się, że zdecydowanie za duży nacisk kładzie się w Polsce na naukę przedmiotów przedklinicznych. Przez pierwsze dwa lata student nie wchodzi na oddział, co sprawia, że wszystko, o czym czyta i co próbuje zapamiętać wydaje mu się niepotrzebne i odrealnione. To wcale nie znaczy, że należałoby zrezygnować z tych zajęć. Bez immunologii i fizjologii trudno zrozumieć istotę wielu chorób. Bez znajomości cytofizjologii i genetyki nie ma co się zabierać za czytanie opracowań naukowych, bo w dzisiejszych czasach wiemy, że organizmem rządzą komórki. Ale czy naprawdę potrzebne są aż trzy lata? Nie można okroić tego materiału?

Rozumiem, co przemawia za tym układem. Pierwsze lata medycyny to oswajanie studenta. To powolne wchodzenie do morza, które na początku wydaje się lodowate, ale po całkowitym zanurzeniu, staje się nawet przyjemne. To też nauka nowego języka, sposobów precyzyjnej i efektywnej komunikacji. Dlatego właśnie mówi się, że początki na kierunku lekarskim są najtrudniejsze – wszystko jest nowe. W tym czasie zachodzi immersja i w pewnym momencie łapiemy się na tym, że zamiast opowiedzieć w towarzystwie zabawną anegdotę, zaczynamy rozmawiać o indukcji remisji, augumentacji farmakoterapii i kompensowaniu kwasicy. To wszystko jest ważne i cenne, ale czy powinno trwać połowę studiów?

Uczyłam się farmakologii, nie wiedząc jeszcze jakie choroby będę leczyć. Uczyłam się o biologii nowotworów, zanim zajrzałam w oczy choremu, który właśnie skończył cykl chemioterapii. Po trzecim roku to się zmieniło. Od tamtej pory wiedza ma większe przełożenie na rzeczywistość. Można ją poczuć, zobaczyć, usłyszeć. I to właśnie jest ten prezent od naukowej wróżki. To nie tak, że zrobiło się łatwo. Przeciwnie – materiał jest trudniejszy niż kiedykolwiek, a do tego dochodzą ludzkie historie i emocje. Ale zupełnie inaczej podchodzi się do całej sprawy, bo w grę wchodzi coś prawdziwego – zdrowie drugiego człowieka. Czy ja będę pamiętała, z jakich podjednostek składa się receptor GABA czy nie, niczego nie zmieni. Ale jeśli pomylę dawkę działających na ten receptor benzodiazepin czy barbituranów, ktoś ucierpi. A to już działa na wyobraźnię. I właśnie na tym polega przełom.

2 thoughts on “Wspomnienie: Medycyna przedkliniczna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *