Wspomnienie: Pierwsze praktyki w szpitalu (cz.1)

Nigdy nie leżałam w szpitalu. Mało tego, do rozpoczęcia studiów nigdy świadomie nie przekroczyłam progu oddziału. Praktyki były moim pierwszym zetknięciem z rzeczywistością szpitalną. Z przyszłością, jaka mnie czeka. I prawdę mówiąc, to było bardziej traumatyczne niż wszystkie przedmioty na studiach razem wzięte.

Praktyki po pierwszym roku to praktyki pielęgniarskie. Studenci uczą się, jak wykonywać podstawowe czynności pielęgnacyjne, oswajają się z zasadami pracy oddziału oraz, co najważniejsze, z pacjentami. Wydawało mi się, że to nic trudnego, wreszcie mniej mówienia, a więcej działania. Z opowieści znajomych, którzy owe praktyki mieli już za sobą, wynikało, że to sama przyjemność.

Wybrałam placówkę w moim rodzinnym mieście. Przypisano mnie do oddziału chorób wewnętrznych. W sam raz na początek- interna to w końcu królowa nauk medycznych. Miałam stawić się przy dyżurce o 7 rano, takie otrzymałam instrukcje w sekretariacie. I co ciekawe, już pierwszego dnia zostałam upomniana, że mam być gotowa do pracy o 6:50, a nie o 7. A jak się potem okazało dla oddziałowej każda minuta miała znaczenie. Kiedyś spóźniłam się 3 minuty i znów zostałam zrugana. Do moich obowiązków należała poranna toaleta pacjentów – mycie, zmiana pieluch i pościeli, odprowadzanie do łazienki (włączając w to niejednokrotnie wchodzenie do kabiny i podcieranie), wynoszenie basenów i kaczek, a potem karmienie, pojenie i pilnowanie, żeby przyjęli leki. Po obchodzie mierzyłam cukry, zawoziłam na wózkach na badania, roznosiłam dokumenty po szpitalu, rozpakowywałam dostawy leków, pomagałam przy przyjęciach i przyglądałam się niektórym zabiegom.

Doskonale pamiętam, jak trudno było mi się odnaleźć, szczególnie przez pierwsze 3 dni. O funkcjonowaniu szpitala nie wiedziałam NIC.

  • Idź do brudownika. (Gdzie?!)
  • Przynieś ligninę. (Skąd?!)
  • Sprawdź, jak tam nebulizacja. (Co?!)
  • Zmień kroplówkę. (Jak?!)
  • Dzisiaj będziesz na OIOKu. (Hę?!)

Musiałam pytać o wszystko. Wyobrażam sobie, że to musiało być irytujące dla kogoś, kto od lat obraca się w tej terminologii, co jednak nie usprawiedliwia zniecierpliwienia, z jakim udzielano mi odpowiedzi. Oczywiście, jeśli udzielano. Czasami mnie zbywano. Któregoś razu zauważyłam, że w karcie praktyk na liście czynności do opanowania jest nauka podawania leków podskórnie i domięśniowo. Zorientowawszy się, że to pielęgniarka zabiegowa zajmuje się takimi rzeczami, zapytałam, czy może mi wytłumaczyć, jak to się robi. Powiedziała, że nie będzie mi niczego pokazywać, bo nie ma czasu na zabawy ze studentami i to nie należy do jej obowiązków. Koniec dyskusji. Na szczęście w kolejnym tygodniu ktoś ją zmienił i jakimś cudem czas się znalazł. Wystarczyła odrobina chęci.

Atmosfera panująca na tym oddziale była co najmniej dziwna. Właśnie z powodu personelu. Wyglądało to tak, jakby bardzo się nie lubili i nie mieli najmniejszej ochoty tam pracować. I wcale się nie dziwię. Byli tacy fałszywi! Wszyscy szeptali o sobie nawzajem za plecami. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Stare pielęgniarki o młodych, młode o starych, stare z młodymi o lekarzach, lekarze o ordynatorze, lekarki o oddziałowej. Nie były to miłe rzeczy, ale nie przeszkadzało nikomu, że siedzę obok i wszystko słyszę. Komu miałabym powiedzieć? Przez te kilka tygodni nikt nawet nie zapytał, jak się nazywam, istniałam tylko jako „praktykantka”. Do domu mogłam pójść, dopiero, kiedy wychodziła oddziałowa, czyli o 14:30. Jak wracałam, byłam tak zniechęcona, że na nic nie miałam ochoty i po prostu spałam. Co drugi dzień działo się coś, co sprawiało, że chciałam raz na zawsze pożegnać się z medycyną.

W drugim tygodniu sytuacja nieco się zmieniła, bo przyszli praktykanci po trzecim roku lekarskiego. Jakże im zazdrościłam! Przychodzili o 8:30, wychodzili przed 12. Kręcili się przy lekarzach, mierzyli ciśnienia. To oni najbardziej mi pomogli. Wyjaśnili, do czego służy to urządzenie, które umieszcza się na palcu i jak rozpoznać obrzęki ciastowate. Pokazali miejsca osłuchiwania zastawek, wytłumaczyli, co to jest szpiczak. Niestety nie dane mi było długo cieszyć się ich towarzystwem. Któregoś razu, kiedy w czasie obchodu ordynator zauważył, że stoję z nimi z tyłu korowodu i przysłuchuję się dyskusji o pacjencie, przerwał obchód i zaczął zadawać mi pytania jakby to był egzamin. Rzecz jasna, na pierwszym roku nie miałam pojęcia o tych sprawach. Nieśmiało zaczęłam tłumaczyć, że jestem dopiero po pierwszym roku i nie potrafię się wypowiedzieć na ten temat. Oto, co usłyszałam w odpowiedzi:

To co pani sobie wyobraża?! Po co pani za nami chodzi i przeszkadza? Pani tutaj tylko sprząta.

PANI TUTAJ TYLKO SPRZĄTA. Mnie zamurowało. Lekarzy zamurowało. Nawet pielęgniarki miały nietęgą minę. Jego podniesiony głos słyszeli pacjenci na drugim końcu oddziału. Nie byłam w stanie wydusić słowa. Upokorzona, zaszyłam się w łazience dla personelu, bezskutecznie próbując powstrzymać łzy. Tak bardzo chciałam się czegoś nauczyć, że w czasie tych głupich obchodów notowałam każde słowo, którego nie rozumiałam i sprawdzałam w domu każdy lek, o którym była mowa. I co mi z tego przyszło? Teraz wiedziałabym, jak się zachować. Powiedziałabym szanownemu panu, że za kilka lat może być moim pacjentem, więc w jego interesie leży, żebym nauczyła się jak najwięcej. A, i poprosiłabym, żeby nie podnosił na mnie głosu, bo nie zasłużyłam na takie traktowanie. Ile razy marzyłam, żeby cofnąć czas i mu się wtedy postawić. Może i student jest najniżej w szpitalnej hierarchii, ale szacunek należy się każdemu, bez względu na to, ile ma lat i jakiej jest płci.

W trzecim tygodniu natomiast dołączyły do nas studentki pielęgniarstwa. Sympatyczne, złego słowa nie mogę powiedzieć. Starsze pracownice się nad nimi rozpływały. „Fajne, krzepkie dziewczyny. Takie energiczne, zawsze uśmiechnięte. A ty taka blada, chudawa, widać, że się nie nadajesz. Nareszcie przysłali kogoś sensownego.” Milusie jak zawsze…

Ale wiecie co, miały rację. Nie nadaję się do tej pracy. Licha ze mnie pielęgniarka. Nie mam siły przewracać stukilogramowych mężczyzn z boku na bok. Niedobrze mi się robiło od zapachu niektórych odleżyn. Nie wyobrażam sobie takiego trybu pracy za takie pieniądze. Ogromnie szanuję zawód pielęgniarki, uważam, że są fundamentem szpitala i bez nich lekarze za długo by nie poleczyli. Dlatego nie chowam urazy, wybaczam przytyki i zniecierpliwienie. Potrafię sobie wyobrazić, że zmęczenie i frustracja, których zakosztowałam przez ten miesiąc, odbijają się na nich, tak, jak odbiły się na mnie. Koniec końców czegoś się od nich nauczyłam i za to jestem wdzięczna.

  • Jakich pacjentów spotkałam na oddziale?
  • Jak wygląda śmierć w szpitalu?
  • Czy były miłe akcenty?

Tego dowiecie się w drugiej części!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *