Wspomnienie: Pierwsze praktyki w szpitalu (cz.2)

Pamiętacie wpis: Wspomnienie—pierwsze praktyki w szpitalu, w którym opisałam przedziwną atmosferę panującą na oddziale i jeszcze dziwniejsze relacje między mną a personelem? Obiecałam, że w drugiej części opowiem o moich pierwszych kontaktach z pacjentami. Zapnijcie pasy, drodzy Czytelnicy. To będzie emocjonalny rollercoaster.

Zastanawiam się, od czego zacząć. Od pana, który był niepoczytalny i codziennie groził, że będzie na mnie czekał z maczetą przed szpitalem, żeby mnie zgwałcić, a potem zabić? Od pani, która chciała mnie pozbawić prawa wykonywania zawodu za to, że z powodu braku czystej pościeli na oddziale jej mama musiała leżeć w kałuży własnego moczu?  A może najpierw powinnam wspomnieć o posiadającym harem pacjencie romskiego pochodzenia z HCV, który o mały włos nie zakuł mnie swoją igłą? Albo od ekshibicjonistki, która co godzinę wyrywała sobie wenflon i tańczyła nago po oddziale? Trudna decyzja.

Pacjenci na oddziale kardiologiczno-internistycznym to prawdziwy przekrój przez społeczeństwo. Mężczyźni, kobiety, starsi, młodsi, jedni mniej, inni bardziej chorzy. W kilku pierwszych salach ulokowani byli pacjenci chodzący, czyli wymagający stosunkowo niewiele pomocy pielęgniarskiej, a spragnieni towarzystwa. Czasami zachodziłam do nich na pogawędki umilające obu stronom pobyt na oddziale. Zawsze mieli do opowiedzenia zabawną historię i szczerze cieszyli się na mój widok. Im dalej w las, tym mniej śmiechu, a więcej smutku i powagi. Na salach w głębi oddziału leżeli pacjenci w ciężkim stanie. Tacy, którzy nic nie mówili, a tylko patrzyli pustym lub co gorsza błagalnym wzrokiem, tak jakby to w mojej mocy leżało skrócenie ich cierpienia.

Dla tej grupy pacjentów były tylko dwa możliwe zakończenia, oba widziałam na własne oczy. Mogło im się poprawić. Tak jak pewnemu starszemu panu, który już był jedną nogą na tamtym świecie. Codziennie przychodziła do niego żona, pielęgnowała go i przy okazji opowiadała nowinki wyczytane w gazecie. Tak naprawdę sama wykonywała całą robotę pielęgniarek, a ja pomagałam, jak umiałam. Wszyscy przygotowywali ją na rychły zgon męża. Kiedy do nich zajrzałam w poniedziałek, po weekendowej nieobecności, zobaczyłam, że starszy pan, który leżał bez życia przez cały poprzedni tydzień, siedzi na krawędzi łóżka i wspólnie z żoną rozwiązuje krzyżówki. Powiedzieli, że dostaną wypis i jeszcze tego popołudnia pojadą do domu, po czym wręczyli mi czekoladę, dziękując za pomoc. Nie lekarzowi, nie pielęgniarkom, ale właśnie mi. Trudno było powstrzymać wzruszenie.

Na drugim końcu spektrum jest śmierć. Śmierć nieromantyczna, śmierć samotna. Była jedna sala, do której prawie nikt nie wchodził. Lekarze przemykali obok niej na obchodzie, nie było żadnych odwiedzających. Leżał tam pacjent, którego agonalne pojękiwania słychać było nawet przez zamknięte drzwi. Któregoś dnia jęki ucichły. Kiedy razem z innymi pielęgniarkami weszłam do sali, by jak co dzień zmienić mu pampersa i obmyć skórę letnią wodą, pierwszy raz zobaczyłam martwego człowieka. Otwarte oczy i usta, zapadnięte, policzki, suche śluzówki. Wdrożono standardowe postępowanie. Zawiadomiono rodzinę i załatwiono transport. Moją rolą było przygotowanie nieboszczyka do opuszczenia oddziału. Miałam go ubrać i spakować rzeczy osobiste. Nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. Manewrowanie bezwładnym ciałem okazało się trudniejsze niż myślałam. W pewnym momencie musiałam podnieść mu korpus i wtedy zielonoczarna wydzielina wypłynęła mu z ust prosto na mój jednorazowy flizelinowy kubraczek. Dziękowałam opatrzności, że akurat tego dnia nie zabrakło ich na oddziale. Najsmutniejsze było to, że tak jak przez cały pobyt w szpitalu nikt nie odwiedzał tego pana, po jego śmierci zleciała się cała rodzina i zaczęli kłócić się o spadek, jeszcze zanim wypełniono kartę zgonu.

Czuję, że wspomnienia z tych praktyk mogłyby być materiałem na całą serię wpisów, ale rozpamiętywanie tych chwil nie jest łatwe, nawet po kilku latach. Ubieranie nieboszczyków i groźby na tle seksualnym nie należą do codzienności większości 19-latek. Dla mnie to tylko kolejny dowód na to, że studia medyczne lepiej znaczynać później niż wcześniej. Ale to temat na oddzielny artykuł. Jestem pewna, że Wasze doświadczenia były lub dopiero będą o wiele przyjemniejsze. Mój przypadek jest raczej ekstremalny. Niemniej jednak otwiera oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *